piątek, 7 sierpnia 2020

Na Mazurach

Tegoroczne wakacje przez pandemię koronawirusa są zupełnie inne niż zwykle. Krótko mówiąc: siedzimy w domu. Wolimy nie kusić losu, tym bardziej, że chłopcy czekają na obóz żeglarski, na który pojadą w drugiej połowie sierpnia. 
Ale na początku lipca udało nam się zrealizować nasz zaplanowany 11-dniowy rejs po północnej części Mazur. Wyczarterowaliśmy dobrze nam już znaną łódkę Malwa i ruszyliśmy w drogę.
Wypłynęliśmy z Giżycka, by po kilku dniach żeglugi zawitać do Węgorzewa i wrócić do macierzystego portu. Po drodze odwiedziliśmy Sztynort, Skłodowo, Ogonki, Zdorkowo.

Port w Sztynorcie.

Wita nas Plaża Mamry w Węgorzewie.
Przeprawa przez Węgorapę i Kanał Węgorzeski.
Port w Węgorzewie.

Troszkę spacerowaliśmy po okolicznych polach i lasach.





Żeglowaliśmy po jeziorach Kisajno, Dargin, Kirsajty, Mamry, zawitaliśmy też na Jezioro Śztynorckie i Święcajty.

Zwiedziliśmy skansen w Węgorzewie

I bunkry Mamerki.


A przede wszystkim spędziliśmy ten czas razem, całą czwórką.
Młody prezentował nam swoje umiejętności żeglarskie. Nie ma wątpliwości, że dałby radę sam poprowadzić jacht i patent żeglarski jest tylko kwestią czasu. Widać, że lubi ten sport.
Mały początkowo trochę się bał. Nie pamiętał już poprzednich naszych rejsów, tego, że mimo przechyłów nic złego nie może się stać. Ale z czasem coraz bardziej oswajał się z łódką, przyswajał fachowe terminy, garnął się po pracy przy linkach i sterze. Chyba będzie z niego dobry żeglarz.

Na Mazurach czas inaczej płynie. Kiedy wieczorem musieliśmy już zamykać się pod pokładem z obawy przed komarami, okazywało się, że wciąż jest jeszcze jasno, a my wcale nie jesteśmy zmęczeni. To był czas na grę w karty, w szachy i wspólne czytanie książek. Tak wspólne, bo okazało się, że kiedy mama zaczyna czytać na głos, słuchają wszyscy.

I tak wszyscy chichotaliśmy przy książce Ewy Nowak "Skorpion i koń Dziąsło"

To zabawna opowieść o przygodach bliźniaków - Marty i Emila, którzy jak to bywa z bliźniakami dziś bardzo się kochają, jutro już niekoniecznie. Emil jest pasjonatem skorpionów, Marta udaje ze lubi konie. Kiedy od babci na urodziny zamiast wymarzonych prezentów dostają szydełkowe maskotki skorpiona i konia rozpoczyna się między nimi rywalizacja, które zwierze przynosi więcej pożytku "w życiu i przyrodzie".

Druga nasza lektura to "Tajemnica człowieka z blizną" Pawła Beręsewicza.
Książka zaczyna się opowieścią głównego bohatera o tym jak jego tata (później okazuje się, że był to dziadek) urodził się w czasie Powstania Warszawskiego. Opis wojny zniechęcił Małego do czytania. Ale przejrzałam książkę sama i stwierdziłam, że akcja książki toczy się współcześnie, jest zabawna i Mały nie ma się czego bać. 
Janek (bo tak ma na imię bohater książki) ma bogatą wyobraźnię. Kiedy po przegranym zakładzie jego tata zgolił brodę, okazało się, że ukrywał pod nią bliznę. Janka wprost zżera ciekawość skąd tata ją ma, a nikt z rodziny nie chce mu tego wyjawić. Rozpoczyna więc swoje prywatne śledztwo, które stawia przed jego oczami przeróżne rozwiązania.

Poranne, mazurskie słońce budziło mnie już o siódmej i kiedy reszta załogi jeszcze spała czytałam sobie znakomity kryminał "Kasztanowy ludzik"
Strasznie ciągnęło mnie też do książek o Panu Samochodziku, w których nie brakuje mazurskich klimatów. Po powrocie do domu ponownie przejrzałam naszą kolekcję i chyba uzupełnię ją o brakujące tytuły. 
A na otarcie łez, że nasz urlop na jachcie minął tak szybko przeczytałam jeszcze "Antolkę" Magdaleny Kordel. Choć książka jakoś mnie nie powaliła na kolana, fajnie było wraz z główną bohaterką jeszcze raz odwiedzić Giżycko, Sztynort i najpiękniejsze chyba Jezioro Święcajty.

Mazury żegnały nas deszczem, a my wciąż czuliśmy niedosyt żeglowania. Chłopcy obiecali nam, że jak już obaj będą szczęśliwymi posiadaczami patentów, to zabiorą jeszcze raz rodziców-staruszków w mazurską podróz.

Przeczytane książki zgłaszam do wyzwania WyPożyczone

czwartek, 18 czerwca 2020

Domek na drzewie

Który chłopiec nie marzy o własnym domku na drzewie? Domku, który byłby jego tajną bazą, kryjówką przed dorosłymi, miejscem fajnych zabaw z kolegami. Moi oczywiście marzą, choć Młody chyba już wyrósł z tego pomysłu.
Niestety na naszym podwórku nie ma odpowiedniego drzewa na budowę domku. Mały co prawda uwielbia wdrapywać się na czereśnię, która rośnie tuż przy domu, ale jest ona zbyt słaba, by utrzymać jakąkolwiek konstrukcję.
Marzenia Małego o kryjówce w koronach drzew uaktywniły się pod wpływem lektury książek z cyklu "Domek na drzewie".


To książki kompletnie nie w moim stylu. Więcej w nich czarno-białych obrazków niż tekstu. Mały oczywiście nie czyta ich sam, ale uwielbia ich słuchać. I co dziwne, jemu obrazki w ogóle nie są potrzebne. Często odwraca się ode mnie i od książki, słucha, a obrazy powstają w jego wyobraźni.


Główni bohaterowie cyklu to Andy i Terry. Mieszkają w domku na drzewie, który sami zbudowali. Początkowo miał on "tylko" 13 pięter, ale z każdym tomem rozbudowują go o kolejne 13. Już w podstawowej wersji domku jest w nim pełno atrakcji: kręgielnia, oczko wodne z rekinami, tajne podziemne laboratorium, inteligentny piankomat, a z każdym wybudowanym piętrem wciąż ich przybywa. Lodziarnia z lodami w 78 smakach, gigantyczny labirynt, najstraszniejsza kolejka górska świata, maszyna do robienia fal, poligon bułkobojowy to tylko niektóre z niezwykłych atrakcji, które tam na nas czekają.

Andy i Terry piszą książki. To znaczy Andy pisze, a Terry rysuje. Oczywiście zawsze mają problem by zdążyć z oddaniem książki na czas i ich wydawca pan Nochal, który nie jest zbyt przyjemnym człowiekiem musi ich poganiać. Na szczęście życie w domku na drzewie obfituje w wiele przygód, tak więc nigdy nie brakuje im ciekawych historii do opisania.


Chłopakom często towarzyszy Jill, która mieszka w pobliżu i potrafi rozmawiać ze zwierzętami. W sumie to nie wiadomo w jakim wieku są bohaterzy, raczej nie są dziećmi, ale ich zachowania, teksty, nieznajomość matematyki plasują ich na poziomie młodszych nastolatków.

Nie pamiętam już jak zaczęła się nasza przygoda z "Domkiem na drzewie", ale z pomocą naszych bibliotek udało nam się przeczytać wszystkie 9 tomów, a Mały czeka na kolejne.

Zakupiłam też grę "Domek na drzewie". Luźno nawiązuje ona do książek, ale nie ma w niej Andy'ego i Terry'ego, więc Mały rzadko po nią sięga.

Całą serię "Domków" zgłaszamy do wyzwania WyPożyczone.

poniedziałek, 25 maja 2020

Dzień Żółwia na słodko

23 maja w kalendarzu świąt nietypowych odnotowano Dzień Żółwia. I w tym właśnie dniu Mały, któremu zachciało się czegoś słodkiego, chwycił mój telefon i poprosił Asystenta Google o przepis na drożdżówki z dżemem. Czy to przypadek, że asystent wyszukał mu  przepis na drożdżowe żółwie? Mały szybko ocenił, że wszystkie potrzebne składniki są w domu i zabrał się do roboty.
A oto efekt jego pracy:





Choć żółwie z natury są powolnymi zwierzątkami, to z talerza zniknęły bardzo szybko :)

Z lepieniem żółwików było trochę roboty, ale  jeszcze kiedyś na pewno je upieczemy.
Przepis pochodzi ze strony kotlet.tv.


Żółwiki – drożdżówki z dżemem 

Składniki:

  • 400 g mąki
  • 200 ml wody
  • 60 g roztopionego masła
  • 1 łyżeczka cukru
  • 15 g świeżych drożdży (7 g suchych)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • ulubiony dżem
  • jajko do smarowania



czwartek, 21 maja 2020

STOP wypalaniu traw!

Problem wypalania traw nie jest nam obcy. Praktycznie co roku na naszych wiejskich polach możemy obserwować takie widoki.



Nie wiemy, kto wypala trawy, ale dziwimy się jak wielka jest niewiedza ludzi, zwłaszcza tych ze starszego pokolenia. Przecież Mały będąc jeszcze w przedszkolu uczył się jak wielką szkodę przynosi to zwierzętom i roślinom. Pamiętam, że bardzo długo przeżywał film, który pokazały im przedszkolne ciocie: uciekające zajączki, martwe jeże, opuszczone ptasie gniazda.

W tym roku pożarów jakby mniej. Ale temat wypalania traw powrócił za sprawą szkoły. Mały napisał w zeszycie notatkę, dlaczego nie wolno wypalać traw, a potem wspólnie wykonaliśmy plakat.


Najpierw poszukaliśmy zielonej kartki imitującej trawę. Następnie wydrukowałam czarne obrazki polnych zwierząt i roślin. w czasie gdy Młody wycinał, Mały farbami malował czerwone i pomarańczowe płomienie. Później chłopcy razem poprzyklejali obrazki i podrasowali jeszcze całość żółtą farbą. Na koniec przykleiliśmy napis wykonany ręką Małego.
I znów praca wspólna, a ocenę i pochwałę od swojej pani dostał Mały. Ale cieszę się, że chłopcy podziałali coś wspólnie.

Tę kolorową pracę zgłaszam do międzyblogowego projektu Pod kolor, który na swoim blogu prowadzi Buba z Bajdocji.


ten link przeniesie Was do Bajdocji, gdzie będziecie mogli zobaczyć jak podziałali inni uczestnicy projektu.

środa, 20 maja 2020

Co robimy w czasie epidemii cz.3

Mam nadzieję, że to już ostatni odcinek z raportem o naszych działaniach w czasie epidemii.
Chłopcy już coraz mniej zadowoleni są z siedzenia w domu, maja znacznie mniej pomysłów na ciekawe zajęcia. Coraz częściej w ich dłoniach widać pady x-boxa lub telewizyjnego pilota. Tata zarządził prace remontowe w garażu, więc pomimo zniesienia części obostrzeń nie wybraliśmy się jeszcze na dłuższą wycieczkę.

Oto kilka wspomnień z minionych tygodni.

1. W dalszym ciągu pieczemy.
Tata i Mały pieką chleby, mama ciasta i słodkie bułeczki. W ogóle nie chodzimy już do piekarni, a tata pomimo powrotu do pracy deklaruje, że będzie piekł nadal. Mały wyspecjalizował się w zakładaniu ciasta chlebowego, choć wydaje mi się, że potrafił by już samodzielnie upiec bochenek.



2. Odkryliśmy cmentarzysko dzików.
Podczas jednego z naszych spacerów po polach Mały znalazł kości zwierząt. Na początku ucieszył się, że będzie sławnym paleontologiem, myśląc że odkrył kości dinozaurów. Zaczął węszyć i szukać dalej. Okazało się, że w gęstych krzakach spoczywają kości przynajmniej trzech zwierząt (trzy czaszki).

 Z pomocą internetu ustaliliśmy że to kości dzików.



Skąd się tam wzięły? Nie wiadomo. Teren leży za blisko zabudowań by mogły stać się ofiarą polowań. Wątpimy też, by zagryzły je inne zwierzęta no bo jakie. Zagadka pozostała nie rozwiązana.
A my przestaliśmy chodzić na pola, bowiem w okolicy pojawiło się stado 8 dzików, bardzo żywotnych. Wśród nich są młode warchlaki. Lepiej się z nimi nie spotkać.

3. Na półce Małego zamieszkał Ekorobot.
Choć to praca wspólna obu moich chłopaków, ocenę z techniki dostał tylko Mały.


4. Wśród gier planszowych królował Super farmer, do którego chłopcy znowu stworzyli własne zasady. Tym razem na dorobionych kartonikach widniały symbole czołgów, wozów bojowych i innych wojskowych pojazdów.

                                                 


5. Co czytaliśmy?
Razem z Małym m.in niewielką książeczkę o przygodach pewnego kota o imieniu Maurizio. Kot jest piosenkarzem, bardzo lubi eleganckie ubrania, dobrą kuchnię i planuje niesamowity koncert w Rzymie. Próbują mu w tym przeszkodzić dwa inne koty, zazdrosne o jego karierę.
Początkowo Mały sceptycznie był nastawiony do tej książki. Nie podobało mu się, że kot jest takim strojnisiem, opisy jego strojów były dla niego nużące. Ale potem przygoda go wciągnęła i książkę zaliczył do ciekawych.


Ja z kolei przeczytałam głośną i reklamowaną wszędzie "Pacjentkę".
Niestety, to książka nie w moim typie. Uważam ją nawet za przereklamowaną. Choć raczej lubię thillery, to ten przez pierwszą połowę ciągnął mi się niemiłosiernie. Na szczęście zaskakujące zakończenie wynagrodziło mi trud czytania.


Znacznie ciekawsza była dla mnie książka nie znanej mi wcześniej autorki Agnieszki Janiszewskiej "Pamiętam". Akcja umiejscowiona pod koniec lat 60-tych - lubię takie klimaty. Tajemnica rodzinna, którą wspólnie usiłują rozwiązać bohaterki. Niby nic porywającego, a jednak dobrze się ją czytało.


Joanna Jax jest jedną z moich ulubionych autorek. Miałam okazję porozmawiać z nią chwilę na targach książki w Katowicach. Byłam bardzo ciekawa jak poradziła sobie z książką, której akcja toczy się w dwudziestoleciu międzywojennym w Petersburgu.
I tym razem nie zawiodłam się. Historia Aleksandra i Leny choć na chwilę przeniosła mnie w tamten barwny świat. Świat pełen kontrastów, w którym bale bogatych oligarchów toczą się tuż obok biedoty mieszczan. Świat, w którym służba nie ma żadnych praw. Świat, w którym do głosu dochodzą komuniści.


Tymczasem niedawno zostały otwarte biblioteki. I w samą porę, bo udało nam się przeczytać już wszystkie nasze zapas. Na zdjęciu poniżej książki, które Młody przywiózł z wiejskiej filii biblioteki. Drugie tyle przywiozłam z miasta. Czas już w końcu kończyć tą kwarantannę :)



Dwie książki z biblioteki zgłaszamy je do wyzwania WyPożyczone.





środa, 6 maja 2020

Kryształy soli

Mały już od pewnego czasu interesuje się minerałami, skałami i kryształami. Na razie jest to mania zbieractwa. Ma już kilka specjalnych skrzyneczek, w których układa swe zbiory. Co jakiś czas je przegląda, przekłada robiąc przy tym wiele bałaganu. Znosi do domu masę kamieni, które w jego mniemaniu są szczególne i mają wielką wartość. Uwielbia też jeździć na Giełdy Minerałów i tam zawsze za parę groszy zaopatruje się w nowe okazy. Póki co nie ma potrzeby pogłębiać wiedzy teoretycznej na ten temat, choć jedną książkę o minerałach znaleźliśmy na naszych półkach.

Już jakiś czas temu Mały wrócił ze szkoły bardzo podekscytowany, gdyż w ramach zadania domowego miał założyć "hodowlę" kryształów soli. Zabrał się do pracy z wielkim entuzjazmem. Ja podchodziłam do tego trochę sceptycznie, bowiem kilka lat wcześniej próbowałam stworzyć takie kryształy z Młodym i nigdy nic z tego nie wychodziło.

Tym razem to Mały przygotowywał roztwór soli, nie pozwalając mi dotknąć nawet łyżeczki.

 


Do wykonania doświadczenia użyliśmy soli himalajskiej, gdyż takiej używamy w domu. Nasz roztwór miał więc różową barwę. Zastanawialiśmy się, czy nasze kryształki też będą różowe.


Zgodnie z instrukcją zawarte w podręczniku Małego zanurzyliśmy w roztworze sznurek i odstawiliśmy szklankę w ciepłe miejsce tzn na kuchenny kaloryfer.

Przez pewien czas nic się nie działo, choć płynu w szklance ubywało.
po pięciu dniach sól zaczęła osadzać się na szklankach naczynia, a na sznureczku zaczęły tworzyć się malutkie białe kryształki.



Po dwóch tygodniach cała woda wyparowała, a Mały (podobno) stał się właścicielem najładniejszego kryształu solnego w całej klasie.



Skoro tak dobrze nam poszło postanowiliśmy wyhodować jeszcze kryształowe drzewo z gotowego zestawu kupionego w Smyku.


Zmontowaliśmy papierowe drzewko, wymieszaliśmy roztwór i wlaliśmy go do podstawki.


Pierwsze efekty było widać już po dwóch dniach.
A po tygodniu drzewko prezentowało się tak.


W tym przypadku żółty kolor kryształków to efekt zabarwienia papierowego drzewka. Im większe kryształki, tym były one bledsze. Kolor stopniowo zanikał.

Nasze kryształowe doświadczenia zgłaszam do międzyblogowego projektu Pod kolor, który na swoim blogu prowadzi Buba z Bajdocji.


Troszkę ostatnio go zaniedbałam.
ten link przeniesie Was do Bajdocji, gdzie będziecie mogli zobaczyć jak podziałali inni uczestnicy projektu.