środa, 16 sierpnia 2017

Warszawa

W końcu udało nam się zrealizować długo odkładaną wycieczkę do Warszawy. Ostatni raz byliśmy tam ponad 2 lata temu. Mały już tego nie pamięta. Zwiedziliśmy wtedy Stadion Narodowy wraz z wystawą klocków Lego oraz Muzeum Techniki.

Teraz głównym punktem programu było Muzeum Powstania Warszawskiego.
Początkowo zastanawiałam się, czy nie powinnam Małego zostawić w domu, czy Powstanie Warszawskie to nie za trudny temat dla sześciolatka. Przekonała mnie sala Małego Powstańca znajdująca się na terenie placówki oraz fakt, że Muzeum można zwiedzać z dziecięcymi wózkami.

Ciężko opisać moje własne emocje związane ze zwiedzaniem Muzeum. Chłopcy podeszli do tego w nieco inny sposób. Priorytetem było dla nich zbieranie karteczek z kalendarium Powstania oraz podziwianie Liberatora oraz broni i amunicji. Młody na własne oczy mógł zobaczyć kanał, o którym czytał w książce "Galop 44".  Ale i tak jestem z nich dumna, bo na każdym kroku wykazywali ogromne zainteresowanie i zrozumienie dla tej tragicznej przeszłości. O tym jak wiele zapamiętał mój sześciolatek świadczą jego rozmowy z tatą, któremu opowiadał o złych hitlerowcach i dobrych Anglikach zrzucających Polakom pomoc na spadochronach.

Ale Warszawa to nie tylko Muzeum na Woli. Przed południem udało nam się pospacerować po Starówce. Chłopcy zobaczyli Zamek Królewski, Kolumnę Zygmunta, Pomnik Małego Powstańca, Barbakan oraz Warszawską Syrenkę.






Na Rynku starego Miasta Mały ogłosił się "królem ptaszków". Z radością oddał im swoją bułkę, a wróbelki dosłownie ustawiały się w kolejce i jadły mu z ręki.


Nie byłabym sobą, gdybym z tej wycieczki nie przywiozła kilku książkowych pamiątek, zakupionych w muzealnym sklepiku.

"Czy wojna jest dla dziewczyn" Pawła Beręsewicza" przeczytałam Małemu w pociągu, w drodze powrotnej. To historia Eli, którą pewnego dnia zaskoczyła II wojna światowa i zabrała jej dzieciństwo.
Na Warszawę zaczynają spadać bomby, tata musi się ukrywać, a jej dom wciąż nachodzą nieprzyjemni panowie w czarnych płaszczach. Mama początkowo całe dnie pracuje w szpitalu, później także gdzieś znika. Ela z czasem wstępuje do harcerstwa i bierze udział w Powstaniu Warszawskim. Przekonuje się, że wojna niestety jest też dla dziewczyn.
Książka, mimo iż smutna i poważna w bezpieczny sposób wprowadza dzieci w tematykę wojny. Jednak mój Mały nie był chyba jeszcze na nią gotowy i myślę, że wrócimy do niej za 2, może 3 lata.


Drugą zakupioną lekturę "Mój tato szczęściarz" Joanny Papuzińskiej przeczytałam na razie sama. Książka ta to swoisty spacer ulicami okupowanej Warszawy, jaki odbywamy z Asią, jej bratem i tatą, który opowiada własne historie w Powstania Warszawskiego. Ponieważ obok niezwykłych ilustracji widnieją też małe mapki, można ją zabrać na wędrówkę ulicami stolicy, co na pewno uczynimy gdy synek trochę podrośnie.


Ostatnią książkę wybrał sobie Młody, choć ja także byłam jej ogromnie ciekawa. Tytusa, Romka i A'Tomka, znamy przecież z zabawnych komiksów, a tu Papcio Chmiel uczynił ich warszawskimi powstańcami.
Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że Henryk Jerzy Chmielewski sam był uczestnikiem Powstania. On sam pisze: "Chciałem wciągnąć moich bohaterów w historię, której sam byłem uczestnikiem (...) To, co narysowałem, nie może oczywiście służyć jako dokument historyczny, lecz mimo że jest fantazją, opiera się na prawdziwych wydarzeniach powstańczych.Liczę, że taki sposób przedstawienia epizodów z tamtego okresu pobudzi młodszych czytelników do poznania prawdziwej historii Powstania."
Dla nas ta książka była świetnym uzupełnieniem prawdziwej historii. Na pewno jescze nie raz do niej wrócimy.


 Książki zgłaszam do wyzwań Powrót do dzieciństwaCzytam, ile chcę

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Franek - małe wesoły samochodzik

Porządków na półkach ciąg dalszy.
Dziś do pudła w szafie idzie ukochana przez dwuletniego Małego seria książeczek o czerwonym samochodziku Franku. Są to krótkie opowiadania, napisane przez p. Elżbietę Wójcik, a wydane przez Wydawnictwo SBM.



Pamiętam, że pierwszą książeczkę kupił tata chłopców i dołożył ją do gwiazdkowych prezentów.
Dziś mamy już ich 14:
Na ratunek
W ZOO
Poznaję Polskę
Wielki wyścig
Wyprawa do lasu
Na budowie
Straż pożarna
Poznaję świat
Nauka jazdy
Urodziny
Na lotnisku
Skarb piratów
Pociągi
Przygoda w mieście



Każde opowiadanie zaczyna się tymi samymi słowami, które kiedyś z nudów pomijałam przy czytaniu. Teraz gdy ciągiem czytaliśmy całą serię, Mały nauczył się ich na pamięć i to on zaczynał czytanie kolejnej przygody Franka.


Na ostatnich stronach książeczek znajdują się łamigłówki: znajdź różnice, co tu nie pasuje, które postaci wystąpiły w książeczce, znajdź przedmiot na dużej ilustracji. Mały bardzo je lubił, choć teraz były już dla niego zbyt proste.


Tak bardzo polubiliśmy Franka, że kiedy zobaczyłam gdzieś Memo z tymi sympatycznymi samochodzikami, nie wahałam się a ni chwili. Dziś trzymamy je już bez pudełka, które nie wytrzymało próby czasu, a poza tym zajmowało zbyt dużo miejsca.


Frankowe książeczki zgłaszam do wyzwania Powrót do dzieciństwa

piątek, 11 sierpnia 2017

Podróż Orient Expressem

Lubię jeździć pociągami. Dowożą mnie do pracy i z powrotem do domu. Tam najczęściej czytam odcinając się od problemów rzeczywistego świata.
Dlatego sięgnęłam po książkę Veronicy Henry "Noc w Orient Expressie".


Orient Express to nazwa luksusowego pociągu pasażerskiego, który początkowo kursował między Paryżem a Konstantynopolem. W książce autorka zabiera nas w podróż z Londynu do Wenecji.
Okładka kusi: "Ta książka zabierze nas w świat pełen miłości, luksusu i elegancji. Zanurz się w lekturze i poczuj atmosferę tej wyjątkowej podróży."
Niestety nic nie poczułam. Nie urzekła mnie historia pasażerów jadących pociągiem, tym bardziej, że nie przepadam za książkami, których bohaterowie mają swoje oddzielne wątki i nie za wiele ich łączy.
Emmie i Archie są laureatami konkursu biura matrymonialnego, poznali się dopiero w pociągu.
Imogen jedzie do Wenecji odebrać obraz, który wiąże się z przeszłością jej babci.
Adele i Jack przez całe życie byli razem a jednak osobno, teraz chcą nadrobić stracony czas.
Rodzina Simona zmaga się z wieloma problemami, których nie uleczą wspólne wakacje.

Jedyne do czego zachęciła mnie ta książka, to żeby sięgnąć po klasykę. Agata Christie jeszcze nie zawitała na moich półkach, a przecież jedna z najsłynniejszych jej powieści z udziałem detektywa Poirota to "Morderstwo w Orient Expressie".


Wiedziałam, że ten kryminał będzie inny niż wszystkie jakie dotychczas czytałam. Jest zbrodnia, a śledztwo rozgrywa się w jednym pomieszczeniu. Brak tu jakichkolwiek zwrotów akcji. Bardziej określiłabym to zagadką kryminalną, której rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło.
Nie wiem, może taki własnie jest styl tej pisarki. Może kiedyś sprawdzę i sięgnę po następną powieść Agaty Christie. Przeczytam ją na pewno w pociągu.


Książki zgłaszam do wyzwań Czytam, ile chcę oraz WyPożyczone

Twórczość Harper Lee

Mam to szczęście, że kiedy przychodzę do jednej z bibliotek,p. Bogusia wyciąga spod lady nowości. Pewnego dnia wyciągnęła pewną pomarańczową książkę, mówiąc, że koniecznie muszę przeczytać,bo to kontynuacja "Zabić drozda". Nie przyznałam jej się, że choć o "Zabić drozda" słyszałam, to nigdy nie miałam jej w ręku. Wydawało mi się, że skoro widnieje na różnych listach typu "must have" obok Sienkiewiczowskiego "Potopu", to musi być ciężka w odbiorze.Ale pomarańczową książkę wypożyczyłam i pognałam do drugiej biblioteki po "Zabić drozda". Dostałam sfatygowaną książeczkę, przeczytałam dość szybko i pomyślałam sobie: dlaczego czytam ją dopiero teraz?.



Książka ta nie należy do lektur łatwych i przyjemnych. Porusza problem segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych w latach 30 XX wieku. Narratorem powieści jest kilkuletnia dziewczynka zwana w rodzinie Skautem (w moim przekładzie Smykiem), typowa chłopczyca nienawidząca chodzenia w sukienkach. Wychowuje ją ojciec, szanowany w miasteczku prawnik, a w zabawach towarzyszą jej starszy brat Jem i przyjaciel Dill.
Początkowo dzieciństwo rodzeństwa można by postrzegać jako beztroskie, pełne zabaw i psot, pod czujnym okiem troskliwego i wyrozumiałego ojca. Jednak pewnego dnia pada na nie cień rozprawy sądowej, w której Atticus - ojciec dzieci, ma bronić czarnoskórego mężczyznę oskarżonego gwałt na białej kobiecie.

Muszę przyznać, że bez przeczytania tej książki nie ma co sięgać po drugą pozycję tej autorki "Idź postaw wartownika". Ciężko będzie zrozumieć rozterki dorosłej już Jean Luise nie wiedząc jakie wartości przekazywał jej ojciec w dzieciństwie, w jaki sposób ją ukształtował. A tymczasem dorosła bohaterka poznaje zupełnie inne poglądy swojego ojca i musi się zmierzyć z tym, że świat nie jest już taki prosty jakim zapamiętała go z dzieciństwa.


Ciężko jest opisać książki, które niosą ze sobą tak wiele treści. Ciężko też będzie mi o nich zapomnieć.
Dziś już wiem dlaczego są ona  na wszystkich listach książek wartych przeczytania, a Nagrodę Pulitzera za pierwszą powieść autorki uważam za jak najbardziej zasłużoną.

Książki zgłaszam do wyzwań: WyPożyczone oraz Czytam ile chcę.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Klasa 1b

Gdyby nie reforma szkolnictwa Mały od września byłby uczniem pierwszej klasy. Młody też, tylko że w pierwszej gimnazjum. Ponieważ u nas na wsi podstawówka i gimnazjum mieszczą się w jednym budynku chłopcy przez 3 lata mogliby razem chodzić do szkoły. Niestety rządzący pokrzyżowali nasze plany. Młody już za dwa lata będzie musiał szukać szkoły  średniej, do której będzie musiał dojeżdżać. A skoro poszedł do szkoły mając sześć lat, opuści ją jako niespełna czternastolatek. Negatywnych skutków bałaganu w szkolnictwie widzimy jeszcze więcej, dlatego postanowiliśmy, że synek pójdzie do szkoły najpóźniej jak to tylko możliwe.

Nie przeszkadza to jednak Małemu w czytaniu książek o szkole. Serię "Klasa 1B" zobaczyłam w bibliotece już jakiś czas temu, lecz celowo nie brałam jej do domu. Myślałam sobie, że będą do świetne książki do samodzielnego czytania, kiedy już synek opanuje tę trudną sztukę. Mały jednak myślał inaczej, książki wypożyczył i zażądał czytania już teraz.

Seria "Klasa 1B" to sześć nie za długich opowiadań, których bohaterami są dzieci uczące się w jednej klasie oraz ich wychowawczyni pani Klara. Akcja tych historii rozgrywa się nie tylko w szkole ale i w domu dzieci, bowiem nie sama szkołą człowiek żyje.

My dotychczas przeczytaliśmy dwie książeczki.

"Dzwoń pod 112"
Maja podczas skakania na trampolinie łamie nogę. Na szczęście towarzyszący jej Oskar i Lena wiedzą jak się zachować i wzywają pomoc. Maja karetka jedzie do szpitala, gdzie lekarze zakładają jej gips. Unieruchomiona noga to nic miłego, ale dzięki temu Maja zaczyna z przyjemnością czytać książki.



"Fajne te okulary"
Oliwka musi zacząć nosić okulary. Boi się jak zareagują na to jej koleżanki. Na szczęście ma przy sobie przyjaciela Szymka, który przekonuje innych, że okulary w niczym nie mogą przeszkodzić, nawet w tym by zagrać główną rolę w przedstawieniu.



Książki bardzo się Małemu podobały, zapowiedział, że będzie szukał w bibliotece kolejnych tomów.
A ja zgłaszam je do wyzwań: Czytam, ile chcęPowrót do dzieciństwaWyPożyczone

wtorek, 1 sierpnia 2017

Jak ćwiczymy wymowę

Mam to szczęście, że obaj moi synowie swego czasu zachwycali mnie swoim niepoprawnym seplenieniem.
Młody rozkręcił się z mową tuż po swoich drugich urodzinach, wcześniej wymawiał tylko pojedyncze słowa. Ponieważ zapisywałam sobie wybrane "kwiatki" jego słownictwa do dziś pamiętamy jego słynną "mokotywę" albo "titinaście i towaście". W okolicach piątych urodzin zaczął terapię logopedyczną w przedszkolu nastawioną przede wszystkim na realizację szeregu szumiącego. Przyznam się, że w domu ćwiczyliśmy niewiele, ale regularne zajęcia w przedszkolu sprawiły, że Młody zanim poszedł do szkoły nauczył się wymawiać wszystkie szumiące głoski. Gdy skończył 6 lat zaczął poprawnie mówić "r", a my przestaliśmy już przejmować logopedią.
Mały zaczął mówić znacznie wcześniej. Miał półtorej roku gdy wypowiadał już całe zdania i można się z nim było w miarę dogadać. Niestety te wczesne mówienie zaważyło chyba o tym, że Mały mając 5 lat wciąż zniekształcał wiele głosek, nie tylko tych uznawanych jako trudne. Ponieważ przedszkole Małego nie oferuje pomocy logopedycznej musieliśmy sami poszukać terapeuty. Poznaliśmy bardzo miłą p. Anetę, którą Mały wprost uwielbia. Z braku czasu chodzimy do niej nieregularnie, średnio raz, dwa w miesiącu, ale dostajemy mnóstwo wskazówek i ćwiczeń do wykonania w domu. Dla urozmaicenia zakupiłam też kilka książeczek z ćwiczeniami.
Pierwsza z nich to "Zeszytowy trening mowy" autorstwa Marty Galewskiej-Kustra.


Jest ona wręcz idealna dla mojego synka gdyż zawiera zadania dotyczące większości głosek, które mogą sprawiać dziecku kłopot. Część ćwiczeń wymaga od dziecka rysowania, wycinania, są tu nawet gry planszowe.




Dwie następne pozycje trafiły do nas niedawno. "Tropiciele R" i "Poszukiwacze Sz" to bloki zabaw logopedycznych. Bloki do rysowania, wycinania i grania.


Mnie najbardziej podobają się gry pomocne do ćwiczeń buzi i języka.


Małego strasznie zainteresowała strona opisująca dokładnie co ma w buzi.


A ta strona będzie prezentem i niespodzianką dla naszej pani logopedy. Pani Aneta nie wie jeszcze, że Mały w trakcie wakacji opanował wymowę głoski "R" choć wcale nie ćwiczył tego na zajęciach. Mały trenuje w każdej sytuacji, a pani Aneta na pewno będzie zaskoczona.


Mowa Małego,pomimo ćwiczeń wciąż nie jest idealna. Czasem mam wrażenie, że jemu się nie chce mówić poprawnie, że to dla niego zbyt duży wysiłek. Bo jak wytłumaczyć fakt, że na zajęciach pięknie powtarza wszystkie wyrazy, a w mowie potocznej wciąż myli gdzie ma być "s" a gdzie "sz", że upraszcza wszystkie grupy spółgłoskowe. Ale widzimy już spory postęp. Mam więc nadzieję, że do szkoły Mały wyruszy mówiąc poprawnie.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Wakacyjne wybuchy

Wiadomo, że dzieci lubią  eksperymenty. Szczególnie takie zjawiskowe, wybuchające. Dlatego chłopcy już od dawna prosili mnie, aby zrobić z nimi wulkan. Długo z tym zwlekałam, wymigując się brakiem czasu lub potrzebnych składników. Jednak kiedy na kilka dni przyjechał do nas w odwiedziny kuzyn chłopców, pomyślała,że będzie to dość fajne zajęcie dla dwóch kilkulatków.

Najpierw jednak Młody pojechał na zakupy. Przywiózł: sól, mąkę, sodę oczyszczoną, olej (miał być ocet, ale Młody pomylił butelki) oraz Mentosy i Coca-colę. Młody bowiem postanowił sam zrobić z maluchami eksperyment z wybuchającą Colą. Niestety, mimo, iż wrzucił do butelki dość sporo Mentosów, wybuch nie był imponujący.





Chłopcy jednak nie zrazili się niepowodzeniem i przystąpili do lepienia wulkanów. Za surowiec posłużyła nam masa solna.



Wulkany wypiekły się w piekarniku, a potem zostały artystycznie pomalowane.


Zgodnie z przepisem w kraterach wulkanów została umieszczona soda oczyszczona...


a to wszystko obficie polano octem.



Wybuch był taki jak w prawdziwym wulkanie. Chłopcy tym razem byli pod wrażeniem.






niedziela, 30 lipca 2017

Superdziadkowie

Jak to się dzieje, że dziadkowie mają więcej cierpliwości do swoich wnuków niż ich rodzice?
To czego nie chce się mamie zrobi babcia, to czego nie chce kupić tata kupi dziadek.
Moi synowie doświadczyli tego na własnej skórze. Dziadkowie rozpieszczają ich na potęgę. Babcia Krysia nie przyjeżdża już do nas bez miski ruskich pierogów i swojskiego ciasta i zawsze jest gotowa do gry w karty. Babcia Irka ma zawsze w torebce autko dla Małego i książkę dla Młodego. Poza tym do historii przechodzą już jej pomysły na zabawy z wnukami. Gdy Młody miał kilka lat godzinami bawiła się z nim w przedszkole. Do dziś  zachowały się listy dzieci - maskotek, którymi wspólnie się opiekowali. stała się też specjalistką od budowania parkingów na prawie 200 samochodów. Nie raz usłyszałam od Małego,że źle ustawiam autka, babcia robi to lepiej. Dziadka mają chłopcy tylko jednego. Nikt tak jak on nie udaje konika i nikt nie kupuje chłopakom podwójnej porcji lodów. Gdy przyjeżdża do nas dzielnie goni się po całym podwórzu, jeździ na rowerze i gra w piłkę, aż pot leje się strumieniami. a razem babcią Irką sami dopominają się, aby zagrać z wnukami w kręgle na X-boxie.

Nasi dziadkowie podobnie jak bohater książki Ireny Landau zasługują na tytuł "Superbabci" i "Superdziadka".
A jaki jest tytułowy "Superdziadek"?
Cały swój wolny czas poświęca swej wnuczce Dorocie. Gra z nią w berka na podwórku, urządza dla niej przedstawienia, chodzi  nią do ZOO, zabiera na wycieczki. Czasem jest trochę nie poważny, czasem zachowuje się jak dziecko, ale własnie za to jest uwielbiany przez swoją wnuczkę.

Dorotka ma to szczęście, że mieszka z dziadkiem w jednym domu. My niestety do naszych dziadków mamy ciut daleko. Częstsze wizyty nadrabiamy teraz w czasie wakacji.

Książkę Ireny Landau "Superdziadek" przeczytaliśmy z przyjemnością i zgłaszamy ją do wyzwań: Powrót do dzieciństwaCzytam,ile chcęWyPożyczone.






czwartek, 27 lipca 2017

Nadjeżdża Noddy

Wakacje to u mnie czas gruntownych porządków. Co rok o tej porze robię gruntowny przegląd szaf chłopaków i co rok okazuje się, że jest w nich mnóstwo rzeczy, z których chłopcy wyrośli lub zmienili zainteresowania. Ubrania i zabawki szybko znajdują nowych właścicieli wśród dzieci bliższych i dalszych znajomych. Gry, puzzle i książki dzielę na dwie grupy: część wędruje do biblioteki lub na jesienny szkolny festyn, część chowam do pudła w szafie, które dedykuję następnemu pokoleniu naszej rodziny. Muszę przyznać, że o ile Młody bez żadnych oporów robi miejsce na swoich półkach, to Mały ciężko rozstaje się ze swoimi zabawkami. Często sam prosi by nie oddawać ich nikomu, ale schować do pudła "dla jego dzieci"

W tym roku do owego pudła jako pierwsze trafiły cztery książeczki o sympatycznym pajacyku Noddym.


Mały, jako trzylatek był wielkim fanem tej bajki i oprócz oglądania kreskówki domagał się czytania o przygodach pajaca. Te książeczki dostał od babci i swego czasu czytaliśmy je po kilka razy.

"Noddy i piraci" - Noddy otrzymał w prezencie skuter wodny. Pływając po morzu spotkał syrenki i razem z piratami zakopywał skarby.

"Magiczna konewka"- pajacyk chciał pomóc Misi w podlewaniu roślin. Dzięki magicznej konewce wyhodowali gigantyczne pomidory.

"Zabawa w chowanego" - Jak znaleźć Robotka? Tylko przy pomocy magnesu.

"Urodziny robotka" - Noddy postanawia wyprawić przyjęcie dla przyjaciela. Nie przeszkodzą mu w tym nawet złośliwe gobliny.

Książeczki są króciutkie, pisane językiem małego dziecka, dla sześciolatka zdecydowanie zbyt dziecinne. Przeczytaliśmy je po raz ostatni i schowaliśmy w szafie.
Oczywiście zgłaszamy je do wyzwania Powrót do dzieciństwa

Wakacje z Adamem Bahdajem

Jako dziecko zaczytywałam się w powieściach Adama Bahdaja.
Rok temu postanowiłam podrzucić parę tytułów Młodemu i tak oto na naszej półce zagościła ta oto kolekcja.


Młody ma początek zajął się Panem Samochodzikiem. Z pomocą biblioteki przeczytał większość pozycji z tej serii. Książki Bahdaja czekały na swoją kolej. I doczekały się.

Co sprawiło, że postanowiłam po nie sięgnąć?

Po pierwsze: wyzwanie czytelnicze Powrót do dzieciństwa. W lipcu hasłem bonusowym jest parasol, a parasol w książce to może być tylko "Uwaga czarny parasol". Tym sposobem przypomniałam sobie historię pary detektywów Kubusia i Hipci, którzy z pomocą Leniwca rozwikłują zagadkę czarnego, starego parasola.
A potem z rozpędu przeczytałam jeszcze "Kapelusz za 100 tysięcy". To również młodzieżowa powieść detektywistyczna, gdzie para nastolatków Dziewiątka i Maciek  - ornitolog rozwiązują tajemnicę zamiany kapeluszy w nadmorskiej restauracji.


 Drugi pomysł  na wakacje z Bahdajem podała tam TVP ABC. Gdy wróciliśmy z Kopenhagi i wypoczywaliśmy w Świnoujściu codziennie wieczorem oglądaliśmy kolejne odcinki "Podróży za jeden uśmiech". Chłopcom bardzo spodobał sie ten czarno-biały, a jednak ponadczasowy film, a ponieważ załapaliśmy się dopiero na piąty odcinek cyklu, obiecałam,że kupię im całość na płycie DVD.


Teraz chłopcy oglądają przygody Dudusia i Poldka w kolorze, a książka czeka na przeczytanie.

Przy okazji odkryłam, że historia opisana w "Kapeluszu za 100 tysięcy" została wykorzystana w jednym z odcinków serialu "Podróż za jeden uśmiech" - taki psikus pana Bahdaja, który sam napisał scenariusz ekranizacji swojej powieści.

Wakacje trwają, mam nadzieję,że zdążę jeszcze przeczytać Telemacha, a potem Tolka Banana. Być może będę musiała zamówić też kolejne filmy :)

"Kapelusz za 100 tysięcy" oraz "Uwaga czarny parasol" zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwa oraz Czytam, ile chcę.

niedziela, 23 lipca 2017

Ewa Nowak "Na ratunek Karuzeli"

Na okładce helikopter, w tytule Karuzela, a w środku niesamowita przygoda małego Antka.


Główny bohater pojawia się w hali sportowej na cotygodniowym treningu piłkarskim, jednak ku swojemu zdziwieniu słyszy, że ma wracać do domu, gdyż zajęcia są odwołane. Niestety chłopak nie ma jak wrócić. Zagoniona mama już zdążyła odjechać i nie odbiera komórki. Trener zabiera więc Antka na wyjątkową akcję ratunkową.

Ta niesamowita historia przeczytana z rozpędu w jeden wieczór bardzo poruszyła Małego.
W sumie nie wiadomo co bardziej zadziałało na jego wyobraźnię: czy to, że Antek leciał helikopterem, czy to, że uratował małego pieska.

Kilka dni po przeczytaniu tego opowiadania Mały pierwszy raz poleciał samolotem. Niepokój, jaki go dopadł kilka godzin przed startem minął jak ręką odjął, kiedy byliśmy już w powietrzu.



Kiedy czekaliśmy na odbiór naszej walizki usłyszeliśmy słowa, które długo będziemy pamiętać:
"Tato czy to był sen,czy ja naprawdę leciałem samolotem?"

Książkę "Na ratunek Karuzeli zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwa oraz WyPożyczone

środa, 19 lipca 2017

W kraju Pana Andersena

W tym roku naszą wakacyjny wypoczynek zaplanowaliśmy w Kopenhadze. Żeby było ciekawiej i bardziej "po naszemu" nie skorzystaliśmy z oferty żadnego biura podróży, tylko sami ustalaliśmy czym pojedziemy, co zwiedzimy, dopasowując to wszystko do naszych zainteresowań i funduszy.

Podczas gdy mąż ogarniał sprawy logistyczne, mnie po głowie chodziła jedna myśl: Jedziemy do kraju Andersena, a Mały nie zna żadnej z jego baśni. Młody zaznajomił się z nimi w czwartej klasie. Pani od polskiego zleciła przeczytanie kilku wybranych baśni, a my, żeby nie było nudno, z pomocą portalu SuperKid stworzyliśmy taki oto baśniowy zeszyt.






Ale Mały baśni nie lubi, więc gruby tom andersenowskiej twórczości, który ja sama dostałam w prezencie z okazji I Komunii Św. pokrywa się kurzem. Synek nie dał się nawet namówić na oglądanie animowanych wersji baśni. Pognałam więc do biblioteki i poprosiłam o jakieś cieńsze wydania, koniecznie z obrazkami. Mały wybrał spośród ich tylko dwie: "Brzydkie kaczątko" i "Calineczkę"czyli "Dziecię Elfów".


Słuchał z zainteresowaniem i chyba nawet mu się podobało, choć stwierdził, że Calineczka to bajka dla dziewczyn.

Kopenhaga, jak każda stolica pełna jest zabytków i urokliwych miejsc. O tym co udało nam się zobaczyć napiszę już wkrótce. Ale moje oczy wciąż wypatrywały śladów sławnego bajkopisarza, który choć urodził się w Odense, większość swego życia spędził właśnie w Kopenhadze. I wreszcie trzeciego dnia pobytu odnaleźliśmy pomnik Poety (jak nazywają go Duńczycy).


Twarz Andersena zwrócona jest w stronę Ogrodów Tivioli, w których autor czerpał inspirację do wielu baśni.


 Różne źródła internetowe podają, że często można tam zobaczyć aktorów odgrywających scenki z baśni. Niestety, nie spotkaliśmy żadnego. Zabrakło nam też czasu na zwiedzenie Muzeum Andersena, choć może czas by się znalazł, gdyby moi panowie wykazali choć trochę więcej zainteresowania twórczością baśniopisarza.

Mimo wszystko dwie przeczytane baśnie mogę zgłosić do wyzwań: Czytam, ile chcęWyPożyczonePowrót do dzieciństwa.