Nie cierpię tego zawołania.
Mały nie potrafi bawić się sam, a ja często nie mam ochoty na zabawę tematyczną. Mogę z nim grać w planszówki, malować, wycinać, czytać, układać puzzle, budować Lego wg instrukcji, ale nic nie zmusi mnie do zabawy w tor samochodowy, wielka bitwę żołnierzykami czy park dinozaurów. Podziwiam rodziców w ogromną wyobraźnią, którzy co dzień zasiadają w pokoju dziecięcym i razem z dzieckiem robią w nim ogromny zabawowy bałagan. U nas specami od dobrej zabawy są dziadkowie. Razem z moim bratem zgodnie twierdzimy, że do nas nie mieli tyle cierpliwości co do wnuków. co prawda dziadkowi zdarza się zasnąć na podłodze wśród samochodzików, ale wtedy Małemu wystarcza sama jego obecność.
Niedawno wpadły nam w ręce dwie książki szwedzkiego autowa Ulfa Stark, w których rodzice w najlepsze bawią się ze swoimi dziećmi (choć wydawało mi się, że w literaturze skandynawskiej rodzice są wiecznie nieobecni).
Tata wymyśla dla swoich dzieci bardzo prostą zabawę w szukanie klucza - to coś takiego jak u nas ciepło - zimno, w które tez często się bawimy.
Zabawę troszkę skomplikował fakt, iż młodszy z synów wrzucił klucz do ubikacji,skąd nie udało się go już odzyskać.
Mama miała znacznie trudniejsze zadanie - bawiła się w Indiankę.Wymalowana w barwy wojenne ruszyła z synkiem w teren, pływała w morzu, łowiła ryby.
W obydwu książkach rodzice stanęli na wysokości zadania i bawili się ze swoimi nudzącymi się dziećmi.
Na szczęście przy czytaniu Mały nic nie wspomniał o zabawie w Indian. A może to szkoda, bo może bym się zdecydowała :)
Książki zgłaszam do wyzwań wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
środa, 24 października 2018
wtorek, 16 października 2018
Do szkoły czas
Minął już miesiąc odkąd Mały zasilił szeregi uczniów naszej wiejskiej szkoły. Cztery lata w cudownym, ale prywatnym przedszkolu minęły zdecydowanie zbyt szybko.
Zapisanie Małego do szkoły na wsi okazało się wcale nie takie oczywiste. Argumentów zarówno za jaki przeciw było bardzo wiele. Przede wszystkim chcieliśmy, żeby synek miał możliwość integrowania się z dziećmi, które mieszkają blisko nas. Wiadomo, za jakiś czas, będzie już samodzielny, będzie chciał się spotykać z kolegami po lekcjach, będzie się z nimi umawiał na rower, na piłkę.
Z drugiej strony godziny pracy miejscowej podstawówki ni jak się mają do naszych godzin pracy. Świetlica jest czynna tylko od godz. 8.00 do godz. 15.00, a przecież o ósmej oboje z mężem musimy być już w pracy. Nie chcieliśmy zatrudniać kolejnej opiekunki dowożącej Małego do szkoły, dlatego rozważaliśmy zapisanie go do szkoły w mieście gdzie pracujemy, albo do szkoły muzycznej, która jest bardzo blisko biurowca męża. Miałoby to na pewno duży wpływ na jego rozwój - duże szkoły maja większą ofertę zajęć pozalekcyjnych, częściej organizowane są wyjścia do teatru, na koncerty, lepiej przygotowują do rozmaitych konkursów.
Decyzja była trudna, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy skazywać Małego na codzienne dojazdy pociągiem i 1 września wraz ze starszym bratem pomaszerował do swej rejonowej placówki. Ja zaczęłam pracować na niepełny etat i na razie daję radę zaprowadzić go na lekcje, zdążyć do swojej pracy, a potem za pięć trzecia odebrać go ze świetlicy.
Początki w nowej rzeczywistości nie należały do łatwych. Mały trafił do klasy, gdzie wszystkie dzieci znały się z przedszkola i nie potrafił się w niej odnaleźć. Każdą przerwę spędzał w towarzystwie ośmioklasistów, a w świetlicy siedział smutnie sam przy stoliku. Lody zostały przełamane dzięki piłce nożnej. Kiedy pani świetliczanka zaczęła zabierać dzieci na boisko, Mały otworzył się towarzysko i szybko zyskał kolegów w klasie trzeciej, czwartej, a nawet piątej. Znalezienie przyjaciela w swojej klasie było tylko kwestią czasu.
Dziś synek chodzi do szkoły z uśmiechem, dużo nam opowiada o swoich o swoich szkolnych przygodach, a zabawy w świetlicy tak mu się podobają, że nie raz nie chce iść do domu. Dużo mniejszym zainteresowaniem cieszą się prace domowe, ale to już inna historia.
Podczas wakacji starałam się jakoś przygotować Małego do tego co go czeka w szkolnej rzeczywistości i wypożyczyłam z biblioteki kilka książek o pierwszoklasistach.
Na początek dwie pozycje, które pamiętam jeszcze z czasów swojego dzieciństwa. Muszę przyznać, że nawet pani bibliotekarka miała problem ze znalezieniem ich na półkach.
Pierwsza z nich to "Jacek, Wacek i Pankracek" Miry Jaworczakowej,
druga to "Przygody Scyzoryka" Hanny Ożogowskiej.
Mimo, że obie książki mają już swoje lata, wydaje mi się, że nic nie straciły na aktualności. Opisują szkolne perypetie pierwszaków, a ich autorki zwracają szczególna uwagę na ponadczasowe wartości takie jak: przyjaźń, prawdomówność czy pracowitość. Bardzo się cieszyłam, gdy podczas czytania o mało przyjemnych sytuacjach np. gdy dzieci wyśmiewały się wzajemnie, albo gdy ktoś nie chciał koledze pożyczyć zabawki Mały mówił z powagą: Ja bym tak nie zrobił.
Potem przyszła kolej na znanego nam od dawna Mikołajka i jego szkolne przygody.
Mały od razu zaznaczył, że w szkole nie ma zamiaru być pupilkiem pani. Trochę przestraszył się kar nakładanych na niesfornych uczniów, ale wytłumaczyliśmy mu, że Mikołajek jest Francuzem, a poza tym chodził do szkoły dobrych parę lat temu. Dziś polska szkoła wygląda już zupełnie inaczej.
Na koniec wakacji zostawiliśmy sobie książeczkę, która już dość dawno znalazła się w naszym domu.
"Asy z naszej klasy" Patrycji Zarawskiej
Młody przeczytał ją kiedyś samodzielnie, ja dopiero teraz miałam okazję. To zabawna historia o trzech pierwszakach: Julku, Maćku i Kubie. Chłopcy znają się już z przedszkola i robią wszystko by być w jednej klasie, a nawet usiąść w jednej ławce. Przez cały rok są nierozłączni, a wszelkie problemy rozwiązują w myśl zasady trzech muszkieterów: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Książeczka bardzo się Małemu podobała, jednak uznałam,że więcej do niej nie wrócimy i powędrowała na wymianę książkową.
Wszystkie nasze "szkolne" książki zgłaszam do wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
Zapisanie Małego do szkoły na wsi okazało się wcale nie takie oczywiste. Argumentów zarówno za jaki przeciw było bardzo wiele. Przede wszystkim chcieliśmy, żeby synek miał możliwość integrowania się z dziećmi, które mieszkają blisko nas. Wiadomo, za jakiś czas, będzie już samodzielny, będzie chciał się spotykać z kolegami po lekcjach, będzie się z nimi umawiał na rower, na piłkę.
Z drugiej strony godziny pracy miejscowej podstawówki ni jak się mają do naszych godzin pracy. Świetlica jest czynna tylko od godz. 8.00 do godz. 15.00, a przecież o ósmej oboje z mężem musimy być już w pracy. Nie chcieliśmy zatrudniać kolejnej opiekunki dowożącej Małego do szkoły, dlatego rozważaliśmy zapisanie go do szkoły w mieście gdzie pracujemy, albo do szkoły muzycznej, która jest bardzo blisko biurowca męża. Miałoby to na pewno duży wpływ na jego rozwój - duże szkoły maja większą ofertę zajęć pozalekcyjnych, częściej organizowane są wyjścia do teatru, na koncerty, lepiej przygotowują do rozmaitych konkursów.
Decyzja była trudna, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy skazywać Małego na codzienne dojazdy pociągiem i 1 września wraz ze starszym bratem pomaszerował do swej rejonowej placówki. Ja zaczęłam pracować na niepełny etat i na razie daję radę zaprowadzić go na lekcje, zdążyć do swojej pracy, a potem za pięć trzecia odebrać go ze świetlicy.
Początki w nowej rzeczywistości nie należały do łatwych. Mały trafił do klasy, gdzie wszystkie dzieci znały się z przedszkola i nie potrafił się w niej odnaleźć. Każdą przerwę spędzał w towarzystwie ośmioklasistów, a w świetlicy siedział smutnie sam przy stoliku. Lody zostały przełamane dzięki piłce nożnej. Kiedy pani świetliczanka zaczęła zabierać dzieci na boisko, Mały otworzył się towarzysko i szybko zyskał kolegów w klasie trzeciej, czwartej, a nawet piątej. Znalezienie przyjaciela w swojej klasie było tylko kwestią czasu.
Dziś synek chodzi do szkoły z uśmiechem, dużo nam opowiada o swoich o swoich szkolnych przygodach, a zabawy w świetlicy tak mu się podobają, że nie raz nie chce iść do domu. Dużo mniejszym zainteresowaniem cieszą się prace domowe, ale to już inna historia.
Podczas wakacji starałam się jakoś przygotować Małego do tego co go czeka w szkolnej rzeczywistości i wypożyczyłam z biblioteki kilka książek o pierwszoklasistach.
Na początek dwie pozycje, które pamiętam jeszcze z czasów swojego dzieciństwa. Muszę przyznać, że nawet pani bibliotekarka miała problem ze znalezieniem ich na półkach.
Pierwsza z nich to "Jacek, Wacek i Pankracek" Miry Jaworczakowej,
druga to "Przygody Scyzoryka" Hanny Ożogowskiej.
Potem przyszła kolej na znanego nam od dawna Mikołajka i jego szkolne przygody.
Mały od razu zaznaczył, że w szkole nie ma zamiaru być pupilkiem pani. Trochę przestraszył się kar nakładanych na niesfornych uczniów, ale wytłumaczyliśmy mu, że Mikołajek jest Francuzem, a poza tym chodził do szkoły dobrych parę lat temu. Dziś polska szkoła wygląda już zupełnie inaczej.
Na koniec wakacji zostawiliśmy sobie książeczkę, która już dość dawno znalazła się w naszym domu.
"Asy z naszej klasy" Patrycji Zarawskiej
Młody przeczytał ją kiedyś samodzielnie, ja dopiero teraz miałam okazję. To zabawna historia o trzech pierwszakach: Julku, Maćku i Kubie. Chłopcy znają się już z przedszkola i robią wszystko by być w jednej klasie, a nawet usiąść w jednej ławce. Przez cały rok są nierozłączni, a wszelkie problemy rozwiązują w myśl zasady trzech muszkieterów: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Książeczka bardzo się Małemu podobała, jednak uznałam,że więcej do niej nie wrócimy i powędrowała na wymianę książkową.
Wszystkie nasze "szkolne" książki zgłaszam do wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
wtorek, 2 października 2018
O nóżkach, które bardzo lubią chodzić
W dzisiejszym świecie, kiedy w prawie każdej rodzinie są przynajmniej dwa samochody, dzieci nie lubią chodzić.
W naszym domu samochód jest tylko jeden, no bo po co drugi kiedy tylko tata ma prawo jazdy. Chłopcy dość szybko pojęli, że wygodne podróże to tylko z tatą, z mamą trzeba wędrować na piechotę lub być zależnym od komunikacji publicznej.
Wiele osób mnie pyta jak radzę sobie na wsi bez samochodu, przecież wszędzie mam daleko.
No tak, ale to w niczym mnie nie ogranicza.
Kiedy planuję wakacyjne wyjazdy bez zapracowanego taty, wybieram takie miejsca do których możemy dojechać pociągiem (do stacji mamy tylko kilometr). Koleją jeżdżę też codziennie do pracy, a przez cztery lata woziłam Małego do przedszkola. Na szczęście w pociągach nie mam choroby lokomocyjnej, więc podróż szybko mi mija przy czytaniu książki.
Na krótsze trasy przydatny jest rower. Niestety nie wszędzie czuję się na nim bezpiecznie. Unikam ruchliwych ulic, wolę przejażdżki po polnych drogach. Co raz częściej też na plac, zabaw, do sklepu czy na angielski zabieram na rower Małego. Kosztuje mnie to wiele stresu, gdyż mój synek preferuje szalone techniki jazdy i potrafi zawrócić tuż przed moja kierownicą lub próbuje jeździć bez trzymanki.
Dlatego z Małym wolę chodzić piechotą. Przez Co rano pokonujemy 2 kilometry do szkoły, po południu tą samą trasą wracamy. Takie same spacery z tornistrem na plecach odbywa Młody.
Dzięki temu, że nie mam prawa jazdy chłopcy szybko polubili chodzenie. Dlatego już od najmłodszych lat zabieramy je na długie, piesze wycieczki. Nieważne czy chodzimy po górach, po Jurze, czy odwiedzamy jakieś zabytkowe miasto. Ważny jest wspólnie spędzony czas poznawanie pięknych zakątków naszego kraju.
W zeszłym roku, oprócz tego, że dołączyliśmy do grona Turystycznych Rodzinek, zaczęliśmy także gromadzić punkty Górskiej Odznaki Turystycznej. Wspólnie udało nam się zdobyć: Czantorię, Równicę, Masyw Śnieżnika, Szyndzielnię, Klimczok, Magurkę i Dębowiec. Po udanej weryfikacji chłopcy stali się dumnymi posiadaczami Popularnej GOT.
W tym roku mają już na koncie: Wielką Sowę, Babią Górę, Tarnicę i inne bieszczadzkie szczyty. Dodatkowo Młody zdobył Nosal i dwa razy Kasprowy Wierch. Mała Brązowa odznaka jest już więc pewna.
Dawno, dawno temu, kiedy Młody był jeszcze małym dzieckiem natknęłam się w bibliotece na książkę Pawła Beręsewicza "Żeby nóżki chciały iść". Książka ma podtytuł "opowiastki wzmacniające" i ma na celu motywować dzieci do chodzenia po górach. Ale nie wszystkie opowiastki nawiązują do górskich wspinaczek. Mamy tu historię o zatopionym namiocie, o pustym schronisku, o tajemniczym rysunku Pabla Picassa, o podróży Wuja Podróżnika, o księciu z bajki, o turyście Johnie i o tatrzańskich nosicach. W zamyśle autora mają motywować małe nóżki do zdobycia Babiej Góry, Baraniej Góry, Lubonia, Turbacza, Trzech Koron, Lackowej, Świnicy.
Nóżki Małego nie potrzebują motywacji do chodzenia po górach, więc te przyjemne opowiastki czytaliśmy sobie wieczorami przed zaśnięciem.
Ale żeby czas w podróży szybciej płynął (szczególnie wtedy, gdy droga wiedzie asfaltem i jest dość monotonna) mam swoje sprawdzone sposoby.
Po pierwsze obaj chłopcy uwielbiają kiedy rodzice opowiadają im o swoim dzieciństwie. Najbardziej lubią słuchać o naszych koloniach, wyjazdach wczasowych i szkolnych przygodach.
Drugi sposób to gry słowne. Obecnie na tapecie mamy "Zgadnij jaką jestem postacią" i "Słówko na ostatnią literę". Kiedyś graliśmy też w "Płyną, płyną statki" oraz w kolory. Nie ukrywam, że często wykorzystuję te obowiązkowe spacery jako świetną okazję do powtórki angielskich słówek, matematycznych działań czy wierszyków zadawanych w szkole.
Mam nadzieję, że skutecznie zaszczepiliśmy w chłopcach upodobanie do górskich wędrówek. Przed nimi całe życie. Zdobędą jeszcze niejeden szczyt i niejedna odznakę. Ciekawe czy kiedyś będą opowiadać swoim dzieciom, gdzie zabierali ich rodzice?
A książeczkę zgłaszam do wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
W naszym domu samochód jest tylko jeden, no bo po co drugi kiedy tylko tata ma prawo jazdy. Chłopcy dość szybko pojęli, że wygodne podróże to tylko z tatą, z mamą trzeba wędrować na piechotę lub być zależnym od komunikacji publicznej.
Wiele osób mnie pyta jak radzę sobie na wsi bez samochodu, przecież wszędzie mam daleko.
No tak, ale to w niczym mnie nie ogranicza.
Kiedy planuję wakacyjne wyjazdy bez zapracowanego taty, wybieram takie miejsca do których możemy dojechać pociągiem (do stacji mamy tylko kilometr). Koleją jeżdżę też codziennie do pracy, a przez cztery lata woziłam Małego do przedszkola. Na szczęście w pociągach nie mam choroby lokomocyjnej, więc podróż szybko mi mija przy czytaniu książki.
Na krótsze trasy przydatny jest rower. Niestety nie wszędzie czuję się na nim bezpiecznie. Unikam ruchliwych ulic, wolę przejażdżki po polnych drogach. Co raz częściej też na plac, zabaw, do sklepu czy na angielski zabieram na rower Małego. Kosztuje mnie to wiele stresu, gdyż mój synek preferuje szalone techniki jazdy i potrafi zawrócić tuż przed moja kierownicą lub próbuje jeździć bez trzymanki.
Dlatego z Małym wolę chodzić piechotą. Przez Co rano pokonujemy 2 kilometry do szkoły, po południu tą samą trasą wracamy. Takie same spacery z tornistrem na plecach odbywa Młody.
Dzięki temu, że nie mam prawa jazdy chłopcy szybko polubili chodzenie. Dlatego już od najmłodszych lat zabieramy je na długie, piesze wycieczki. Nieważne czy chodzimy po górach, po Jurze, czy odwiedzamy jakieś zabytkowe miasto. Ważny jest wspólnie spędzony czas poznawanie pięknych zakątków naszego kraju.
W zeszłym roku, oprócz tego, że dołączyliśmy do grona Turystycznych Rodzinek, zaczęliśmy także gromadzić punkty Górskiej Odznaki Turystycznej. Wspólnie udało nam się zdobyć: Czantorię, Równicę, Masyw Śnieżnika, Szyndzielnię, Klimczok, Magurkę i Dębowiec. Po udanej weryfikacji chłopcy stali się dumnymi posiadaczami Popularnej GOT.
W tym roku mają już na koncie: Wielką Sowę, Babią Górę, Tarnicę i inne bieszczadzkie szczyty. Dodatkowo Młody zdobył Nosal i dwa razy Kasprowy Wierch. Mała Brązowa odznaka jest już więc pewna.
Dawno, dawno temu, kiedy Młody był jeszcze małym dzieckiem natknęłam się w bibliotece na książkę Pawła Beręsewicza "Żeby nóżki chciały iść". Książka ma podtytuł "opowiastki wzmacniające" i ma na celu motywować dzieci do chodzenia po górach. Ale nie wszystkie opowiastki nawiązują do górskich wspinaczek. Mamy tu historię o zatopionym namiocie, o pustym schronisku, o tajemniczym rysunku Pabla Picassa, o podróży Wuja Podróżnika, o księciu z bajki, o turyście Johnie i o tatrzańskich nosicach. W zamyśle autora mają motywować małe nóżki do zdobycia Babiej Góry, Baraniej Góry, Lubonia, Turbacza, Trzech Koron, Lackowej, Świnicy.
Nóżki Małego nie potrzebują motywacji do chodzenia po górach, więc te przyjemne opowiastki czytaliśmy sobie wieczorami przed zaśnięciem.
Ale żeby czas w podróży szybciej płynął (szczególnie wtedy, gdy droga wiedzie asfaltem i jest dość monotonna) mam swoje sprawdzone sposoby.
Po pierwsze obaj chłopcy uwielbiają kiedy rodzice opowiadają im o swoim dzieciństwie. Najbardziej lubią słuchać o naszych koloniach, wyjazdach wczasowych i szkolnych przygodach.
Drugi sposób to gry słowne. Obecnie na tapecie mamy "Zgadnij jaką jestem postacią" i "Słówko na ostatnią literę". Kiedyś graliśmy też w "Płyną, płyną statki" oraz w kolory. Nie ukrywam, że często wykorzystuję te obowiązkowe spacery jako świetną okazję do powtórki angielskich słówek, matematycznych działań czy wierszyków zadawanych w szkole.
Mam nadzieję, że skutecznie zaszczepiliśmy w chłopcach upodobanie do górskich wędrówek. Przed nimi całe życie. Zdobędą jeszcze niejeden szczyt i niejedna odznakę. Ciekawe czy kiedyś będą opowiadać swoim dzieciom, gdzie zabierali ich rodzice?
niedziela, 23 września 2018
Pamiętamy...
Sierpień i wrzesień to miesiące, w których co rok w mediach i nie tylko pojawiają się wspomnienia o tragicznych, wojennych losach Polaków. Syreny w godzinie W, minuta ciszy na apelu z okazji rozpoczęcia roku szkolnego, spoty w telewizji mają dać nam jasny przekaz: NIGDY WIĘCEJ WOJNY!
Kiedy byłam w liceum często sięgałam po książki opisujące wojenne okrucieństwa. Były to najczęściej wspomnienia osób, którym udało się przeżyć ten koszmar. "Byliśmy w Oświęcimiu", "Proszę państwa do gazu", "Medaliony", te tytuły na długo wbiły się w moją pamięć. Każdą z tych lektur bardzo przeżywałam. Tak bardzo, że na kilkanaście lat, musiałam odłożyć tego typu książki. Już nie mogłam...
Ale na rynku pojawia się coraz więcej nowszych pozycji nawiązujących do tematyki wojny. Coraz mniej już świadków tej historii, a więc ci, którzy jeszcze żyją spisują swe wspomnienia dla potomnych.
Zaczęłam więc znowu czytać....
"Miasto 44" znalazłam na bibliotecznej półce. Książka została napisana na podstawie scenariusza do filmu o tym samym tytule, który mam w swoich zbiorach, ale jeszcze go nie oglądałam, bo jakoś ostatnio nie ciągnie mnie przed szklany ekran. Jest to epicka opowieść o młodych warszawiakach. Stefan, Alicja, Kamila, Aleksander mogliby mieć przed sobą całe życie, a muszą żyć tak, jakby każdy ich dzień miał okazać się tym ostatnim. Walczą w powstaniu, są świadkami śmierci wielu osób - także tych najbliższych, uczą się miłości, a poznają czym jest nienawiść.
"Miasto 44" to książka warta polecenia, ale generalnie nie lubię czytać książek, które powstały w oparciu film. Brakowało m w niej takiej czystej literatury. Dostałam za to zdjęcie, fotosy z filmu, które na swój sposób działają na wyobraźnię i pozwalają lepiej poznać bohaterów - nie tylko tych głównych.
W powstaniu brały udział również dzieci i to jest chyba największe okrucieństwo tej wojny.
Młody ostatnio zaczął zajmować się modelarstwem i w końcu posklejał model powstańczego wozu bojowego Kubuś.
Model czeka teraz na pomalowanie, a wcześniej na zakup farbek, a ja mam nadzieję, że to jego nowe hobby będzie się dalej rozwijało.
Gdy czytałam "Miasto 44" w Biedronce natknęłam się na niewielką książeczkę "Łączniczki".
To wspomnienia dziewięciu kobiet, które w chwili wybuchu wojny miały po kilka lat, były jeszcze dziećmi, a 1 sierpnia 1944 stanęły do czynnej walki w okupantem. Te prawdziwe historie zostawiłam na półce Młodego. Ósma klasa to już czas, żeby zgłębiać historię bardziej niż proponuje szkolny podręcznik.
I jeszcze jedna książka, która wpadła mi w ręce w bibliotece.
"Dziewczyny wyklęte" autorstwa Szymona Nowaka.
Tej części historii długo nie znałam, nie mówiło się o tym ani w podstawówce, ani w liceum. O żołnierzach wyklętych dowiedziałam się dopiero w pracy od kolegi, historyka amatora, który w pewien sposób starał się szerzyć wiedzę na ten temat.
Te wspomnienia naprawdę mną wstrząsnęły. Dla tych kobiet wojna nie skończyła się w 1945 roku. Za pracę w konspiracji, za walkę z komunistami były aresztowane przez władzę ludową. Więzienie to przede wszystkim głód, zimno i bicie. A potem wyrok: kilkanaście lat pozbawienia wolności lub kara śmierci przez rozstrzelanie. Jedna z kobiet urodziła w niewoli dziecko - dziewczynkę. Po wyjściu na wolność do końca życia nie potrafiła nawiązać właściwych relacji z córką.
Zagapiłam się i nie zrobiłam zdjęcia tej książce, ale te i inne zgłaszam do wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
Kiedy byłam w liceum często sięgałam po książki opisujące wojenne okrucieństwa. Były to najczęściej wspomnienia osób, którym udało się przeżyć ten koszmar. "Byliśmy w Oświęcimiu", "Proszę państwa do gazu", "Medaliony", te tytuły na długo wbiły się w moją pamięć. Każdą z tych lektur bardzo przeżywałam. Tak bardzo, że na kilkanaście lat, musiałam odłożyć tego typu książki. Już nie mogłam...
Ale na rynku pojawia się coraz więcej nowszych pozycji nawiązujących do tematyki wojny. Coraz mniej już świadków tej historii, a więc ci, którzy jeszcze żyją spisują swe wspomnienia dla potomnych.
Zaczęłam więc znowu czytać....
"Miasto 44" znalazłam na bibliotecznej półce. Książka została napisana na podstawie scenariusza do filmu o tym samym tytule, który mam w swoich zbiorach, ale jeszcze go nie oglądałam, bo jakoś ostatnio nie ciągnie mnie przed szklany ekran. Jest to epicka opowieść o młodych warszawiakach. Stefan, Alicja, Kamila, Aleksander mogliby mieć przed sobą całe życie, a muszą żyć tak, jakby każdy ich dzień miał okazać się tym ostatnim. Walczą w powstaniu, są świadkami śmierci wielu osób - także tych najbliższych, uczą się miłości, a poznają czym jest nienawiść.
"Miasto 44" to książka warta polecenia, ale generalnie nie lubię czytać książek, które powstały w oparciu film. Brakowało m w niej takiej czystej literatury. Dostałam za to zdjęcie, fotosy z filmu, które na swój sposób działają na wyobraźnię i pozwalają lepiej poznać bohaterów - nie tylko tych głównych.
W powstaniu brały udział również dzieci i to jest chyba największe okrucieństwo tej wojny.
Młody ostatnio zaczął zajmować się modelarstwem i w końcu posklejał model powstańczego wozu bojowego Kubuś.
Model czeka teraz na pomalowanie, a wcześniej na zakup farbek, a ja mam nadzieję, że to jego nowe hobby będzie się dalej rozwijało.
Gdy czytałam "Miasto 44" w Biedronce natknęłam się na niewielką książeczkę "Łączniczki".
To wspomnienia dziewięciu kobiet, które w chwili wybuchu wojny miały po kilka lat, były jeszcze dziećmi, a 1 sierpnia 1944 stanęły do czynnej walki w okupantem. Te prawdziwe historie zostawiłam na półce Młodego. Ósma klasa to już czas, żeby zgłębiać historię bardziej niż proponuje szkolny podręcznik.
I jeszcze jedna książka, która wpadła mi w ręce w bibliotece.
"Dziewczyny wyklęte" autorstwa Szymona Nowaka.
Tej części historii długo nie znałam, nie mówiło się o tym ani w podstawówce, ani w liceum. O żołnierzach wyklętych dowiedziałam się dopiero w pracy od kolegi, historyka amatora, który w pewien sposób starał się szerzyć wiedzę na ten temat.
Te wspomnienia naprawdę mną wstrząsnęły. Dla tych kobiet wojna nie skończyła się w 1945 roku. Za pracę w konspiracji, za walkę z komunistami były aresztowane przez władzę ludową. Więzienie to przede wszystkim głód, zimno i bicie. A potem wyrok: kilkanaście lat pozbawienia wolności lub kara śmierci przez rozstrzelanie. Jedna z kobiet urodziła w niewoli dziecko - dziewczynkę. Po wyjściu na wolność do końca życia nie potrafiła nawiązać właściwych relacji z córką.
Zagapiłam się i nie zrobiłam zdjęcia tej książce, ale te i inne zgłaszam do wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
piątek, 31 sierpnia 2018
Przeczytane w sierpniu
Krystyna Mirek "Słodkie życie" str 418
Pierwszy raz miałam do czynienia z twórczością Krystyny Mirek i nie zawiodłam się. Książkę czyta się lekko i jest niesamowicie optymistyczna. Takie lubię. Kornelia, młoda nauczycielka w liceum jest taką zwyczajną kobietą, która nie wygląda jak modelka, nie trzyma się drakońskiej diety, wciąż czeka na wymarzonego księcia z bajki i ma w sobie wiele ciepła i marzeń. Pewnego dnia nie słyszy budzika wzywającego do porannej pobudki. Chcąc usprawiedliwić jakoś swe spóźnienie do prac postanawia iść do lekarza na profilaktyczne badania i wziąć dzień zwolnienia. Ta wizyta będzie początkiem wielkich zmian w jej życiu. Książkę kupiłam sobie w "Biedronce", dzięki wydaniu kieszonkowemu miała bardzo atrakcyjną cenę. Nie ukrywam, że od tego czasu poluję na inne książki Krystyny Mirek.
Adam Wajrak "Lolek" str 134
Tę książkę czytałam Małemu już po powrocie z wakacji. Myślałam, że moje psie dziecko będzie nią zachwycone, jak każdą książką, której głównym bohaterem jest pies. Ale historia Lolka nie jest zbyt optymistyczna. Ten kudłaty psiak, kiedy nie był jeszcze Lolkiem zaznał ze strony ludzi wiele krzywd. Potem długo błąkał się samotny w okolicach Puszczy Białowieskiej. Dopiero pojawienie się w jego życiu Adama Wajraka i jego żony Nurii zmieniło jego życie na lepsze i pozwoliło odbudować na nowo zaufanie do człowieka.
Książka super, z oczywistym przesłaniem. Brak zachwytów u Małego był spowodowany chyba tym, że nie wyobrażał sobie nawet, że ktoś może w taki sposób traktować zwierzęta. Temat Lolka czasem wraca w naszych rozmowach, na szczęście Mały bardziej pamięta te dobre chwile jego życia.
Cecile Aubry "Bella i Sebastian" str 295
Tą książkę wypożyczyłam już dawno zaciekawiona dobrymi recenzjami filmu, który jakiś czas temu wyświetlano w kinach. Młody książki nie przeczytał, ja jakoś też nie bardzo miałam ochotę tym bardziej, że tylna okładka porównuje tę książkę do "Lassie, wróć", a to nie moje klimaty. Ale w końcu stwierdziłam, że głupio oddać książkę nie zajrzawszy do niej w ogóle. Przeczytałam więc i historia tego niezwykłego psa bardzo mi się podobała. Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy proces oswajania Belli przez Sebastiana i jego dziadka Cezara. Mieszkańcy miasteczka maja ją za dziką bestię, która błąka się po górach i chcą ją zgładzić. Jednak cierpliwość i miłość małego chłopca oraz mądrość starego myśliwego sprawiają, że Bella staje się doskonałym opiekunem i przewodnikiem Sebastiana. W drugiej części pojawia się wątek kryminalny. We wsi pojawia się tajemniczy Norbert, który wykorzystując naiwność i łatwowierność Janka, starszego wnuka Cezara zamierza wykorzystać Bellę do przeniesienia przez niebezpieczne góry tajnego dokumentu utrwalonego na mikrofilmie. Na szczęście i ta historia kończy się dobrze, a ja ciekawa jestem filmu na podstawie tej powieści.
Jojo Moyes "Razem będzie lepiej"
461 stron w dwa dni - to chyba mój rekord. No ale o pierwsze są wakacje, po drugie jak dla mnie to wyjątkowa książka.
Jess samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Nicky, nastolatek, ma trochę inne niż wszyscy podejście do życia, przez co ciągle wpada w kłopoty. Młodsza córka Tanzie jest niezwykle utalentowana matematycznie i właśnie otwiera się przed nią szansa nauki w prywatnej szkole. Jess chce dla swoich dzieci lepszego życia, więc po dogłębnym przeanalizowaniu sprawy pakuje bagaże i wyrusza w podróż, by Tanzie mogła wziąć udział w olimpiadzie matematycznej. Po niezbyt udanym początku pomocną dłoń wyciąga do nich Ed, który stoi na życiowym rozdrożu.
Książkę czyta się naprawdę dobrze a Jojo Moyes wskoczyła poziom wyżej na liście moich ulubionych autorek.
Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji" str 400
Dorota Gąsiorowska "Marzenie Łucji" str 432
Dwie dość obszerne książki, które nieco mnie zawiodły.
A zapowiadało się dość ciekawie. Łucja, po nieudanym małżeństwie wyjeżdża z Wrocławia i przyjmuje posadę nauczycielki historii w małym miasteczku. Wkrótce zostaje prawną opiekunką osieroconej dziewczynki i na prośbę jej zmarłej matki rozpoczyna poszukiwania ojca Ani. Dalej akcja toczy się już bardzo skomplikowanie. Nowe postaci mnożą się na każdej stronie, przybywa wątków i czasami nie mogłam się w tym wszystkim odnaleźć. Za długa i trochę nużąca. Ale sam pomysł na książkę w porządku.
Książki zgłaszam do wyzwań wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
Pierwszy raz miałam do czynienia z twórczością Krystyny Mirek i nie zawiodłam się. Książkę czyta się lekko i jest niesamowicie optymistyczna. Takie lubię. Kornelia, młoda nauczycielka w liceum jest taką zwyczajną kobietą, która nie wygląda jak modelka, nie trzyma się drakońskiej diety, wciąż czeka na wymarzonego księcia z bajki i ma w sobie wiele ciepła i marzeń. Pewnego dnia nie słyszy budzika wzywającego do porannej pobudki. Chcąc usprawiedliwić jakoś swe spóźnienie do prac postanawia iść do lekarza na profilaktyczne badania i wziąć dzień zwolnienia. Ta wizyta będzie początkiem wielkich zmian w jej życiu. Książkę kupiłam sobie w "Biedronce", dzięki wydaniu kieszonkowemu miała bardzo atrakcyjną cenę. Nie ukrywam, że od tego czasu poluję na inne książki Krystyny Mirek.
Adam Wajrak "Lolek" str 134
Tę książkę czytałam Małemu już po powrocie z wakacji. Myślałam, że moje psie dziecko będzie nią zachwycone, jak każdą książką, której głównym bohaterem jest pies. Ale historia Lolka nie jest zbyt optymistyczna. Ten kudłaty psiak, kiedy nie był jeszcze Lolkiem zaznał ze strony ludzi wiele krzywd. Potem długo błąkał się samotny w okolicach Puszczy Białowieskiej. Dopiero pojawienie się w jego życiu Adama Wajraka i jego żony Nurii zmieniło jego życie na lepsze i pozwoliło odbudować na nowo zaufanie do człowieka.
Książka super, z oczywistym przesłaniem. Brak zachwytów u Małego był spowodowany chyba tym, że nie wyobrażał sobie nawet, że ktoś może w taki sposób traktować zwierzęta. Temat Lolka czasem wraca w naszych rozmowach, na szczęście Mały bardziej pamięta te dobre chwile jego życia.
Cecile Aubry "Bella i Sebastian" str 295
Tą książkę wypożyczyłam już dawno zaciekawiona dobrymi recenzjami filmu, który jakiś czas temu wyświetlano w kinach. Młody książki nie przeczytał, ja jakoś też nie bardzo miałam ochotę tym bardziej, że tylna okładka porównuje tę książkę do "Lassie, wróć", a to nie moje klimaty. Ale w końcu stwierdziłam, że głupio oddać książkę nie zajrzawszy do niej w ogóle. Przeczytałam więc i historia tego niezwykłego psa bardzo mi się podobała. Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy proces oswajania Belli przez Sebastiana i jego dziadka Cezara. Mieszkańcy miasteczka maja ją za dziką bestię, która błąka się po górach i chcą ją zgładzić. Jednak cierpliwość i miłość małego chłopca oraz mądrość starego myśliwego sprawiają, że Bella staje się doskonałym opiekunem i przewodnikiem Sebastiana. W drugiej części pojawia się wątek kryminalny. We wsi pojawia się tajemniczy Norbert, który wykorzystując naiwność i łatwowierność Janka, starszego wnuka Cezara zamierza wykorzystać Bellę do przeniesienia przez niebezpieczne góry tajnego dokumentu utrwalonego na mikrofilmie. Na szczęście i ta historia kończy się dobrze, a ja ciekawa jestem filmu na podstawie tej powieści.
Jojo Moyes "Razem będzie lepiej"
461 stron w dwa dni - to chyba mój rekord. No ale o pierwsze są wakacje, po drugie jak dla mnie to wyjątkowa książka.
Jess samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Nicky, nastolatek, ma trochę inne niż wszyscy podejście do życia, przez co ciągle wpada w kłopoty. Młodsza córka Tanzie jest niezwykle utalentowana matematycznie i właśnie otwiera się przed nią szansa nauki w prywatnej szkole. Jess chce dla swoich dzieci lepszego życia, więc po dogłębnym przeanalizowaniu sprawy pakuje bagaże i wyrusza w podróż, by Tanzie mogła wziąć udział w olimpiadzie matematycznej. Po niezbyt udanym początku pomocną dłoń wyciąga do nich Ed, który stoi na życiowym rozdrożu.
Książkę czyta się naprawdę dobrze a Jojo Moyes wskoczyła poziom wyżej na liście moich ulubionych autorek.
Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji" str 400
Dorota Gąsiorowska "Marzenie Łucji" str 432
Dwie dość obszerne książki, które nieco mnie zawiodły.
A zapowiadało się dość ciekawie. Łucja, po nieudanym małżeństwie wyjeżdża z Wrocławia i przyjmuje posadę nauczycielki historii w małym miasteczku. Wkrótce zostaje prawną opiekunką osieroconej dziewczynki i na prośbę jej zmarłej matki rozpoczyna poszukiwania ojca Ani. Dalej akcja toczy się już bardzo skomplikowanie. Nowe postaci mnożą się na każdej stronie, przybywa wątków i czasami nie mogłam się w tym wszystkim odnaleźć. Za długa i trochę nużąca. Ale sam pomysł na książkę w porządku.
Książki zgłaszam do wyzwań wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
piątek, 17 sierpnia 2018
Lato z Grzegorzem Kasdepke
Pana Grzegorza Kasdepke chłopcy znają nie od dziś - co prawda nie osobiście tylko z jego książek.
Ja zaś, kilka dni przed wakacjami miałam okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim z pisarzem. Niestety nie mogłam zabrać na nie chłopców, ale zabrałam ich ulubione książki i nasze egzemplarze "Kuby i Buby" oraz "Co to znaczy" wzbogaciły się o autografy autora.
Samo spotkanie okazało się niezwykle ciekawe. Dzieci, które przybyły na nie do biblioteki zadawały przeróżne pytania, a pan Grzegorz na każde odpowiadał traktując je z należytą powaga. Nawet zwracał się do dzieci używając słów "proszę pana" i "proszę pani". Opowiadał też o tym jak powstawały niektóre jego książki i skąd bierze na nie pomysły.
Po tym spotkaniu postanowiłam uzupełnić naszą listę przeczytanych książek pana Kasdepke.
Z pomocą jak zwykle przyszły mi biblioteki.
"Wczoraj, dzisiaj, jutro" str 48
To dość duża rozmiarowo książka, ale tekstu w niej niewiele - tak na jeden wieczór. Główna bohaterka nie lubi sprzątać swojego pokoju i ciągle odkłada to na Jutro. Ale gdy zaczyna się nowy dzień Jutro nie przychodzi, znów jest Dzisiaj. A gdzie się podziało Wczoraj? W zamyśle autora książka ma przybliżyć dzieciom pojęcia związane z upływającym czasem. Małego trochę zawiodła - za krótka i jakaś taka bez przygód. Ale może on już jest za duży na taką lekturę?
"Ostrożnie! Wszystko, co powinno wiedzieć dziecko, żeby mogło bezpiecznie bawić się w domu" str 69
To książka niezwykle potrzebna i warta polecenia. W 14 krótkich opowiastkach autor opisał chyba wszystkie zagrożenia, jakie mogą czyhać na dziecko w domu. Ostre przedmioty, gorące płyny, zapałki, urządzenia elektryczne - ileż to razy przestrzegałam moich chłopaków kiedy byli jeszcze mniejsi. A tu w bardzo ciekawej formie dzieci dowiadują się jakie mogą być skutki nie słuchania przestróg rodziców. W tej książce to nie dorośli upominają dzieci. To mały Dominik postanawia podzielić się swoim "życiowym doświadczeniem" ze szczeniakiem, którego dostaje od babci. Piesek z uwagą słucha dobrych rad i po swojemu przytakuje chłopcu.
Przy większości rozdziałów Mały wzdychał głośno "Przecież ja to wiem, jestem już duży". Zestresował go jedynie fragment mówiący o zagrożeniach, jakie niesie kuchenka gazowa. W naszym domu nie ma gazu, Mały nie miał więc świadomości jakie niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Za to w wakacyjnym domku w Bieszczadach nawet późnym wieczorem wyganiał nas z łóżek, żebyśmy sprawdzili, czy w kuchni gaz jest dobrze zakręcony.
"Niesforny alfabet" str 61
"- Uwaga! - krzyczę. - Alfabet w szeregu zbiórka! Sprawdzamy obecność! A?
- Jestem!
- Ą?
Cisza.
- Ą?!
- Ą gdzieś sobie poszła...
- Jak to "gdzieś sobie poszła"?! - krzyczę rozeźlony. - B?
- Jestem!
- C? D? E? Ę?
- Ę też gdzieś sobie poszła...
- No pięknie! - zgrzytam zębami. - F?
- Jestem!
- G? H? I? J? K? L? Ł? M? N? Ń?...
- Ń poszło szukać Ą i Ę...
- Bez pozwolenia?! - ryczę ze złości. - Niezłe porządki! Dalej! O? Ó?
- Ó już ósmy dzień jest na zwolnieniu...
- P? Q?
- Q to, panie generale, w ogóle rzadko się gdzieś pokazuje...
- Ja mu dam - grożę. - R? S? T? U? W? X? ...
- X obraził się na Y i zniknął...
- Ja mu zniknę! - mamroczę. - Y?...
- Y obraziło się na X i też zniknęło...
- Nie, tego już za wiele! - wybucham. - Z? Ź? Ż?
- Jestem! Jestem! Jestem!
- Czyli na trzydziesci trzy litery aż siedem jest nieobecnych, tak?! - tupię ze złości nogami.
- Tak jest! - odpowiada przetrzebiony alfabet."
To fragment wstępu tej niewielkiej książeczki. Mały już wie, że wstępy są z reguły nudne i nie chce ich czytać. Ale ten tak mu się spodobał, że czytaliśmy go wiele razy i Mały nauczył się go na pamięć. Potem razem odgrywaliśmy przedstawienia - ja byłam autorem - generałem, on wcielał się w rolę poszczególnych literek.
A dlaczego część literek zniknęło? Po prostu: w języku polskim nie rozpoczyna się na nie żaden wyraz. A zamiarem autora było stworzenie króciutkich rozdziałów, z których każda opiera się na wyrazach rozpoczynających się na konkretna literkę (niektóre wyrazy zastąpiono obrazkami). Opowiadania są śmieszne i przyjemnie się je czyta więc polecamy każdemu maluchowi. Nam przy okazji udało się nauczyć całego alfabetu, a do łask wróciła niezbyt lubiana literkowa układanka.
"Z piaskownicy w świat" str 78
To książeczka bliźniaczo podobna do "Niesfornego alfabetu", tylko zamiast kolejnych literek autor wziął na tapetę państwa świata. My ułożyliśmy sobie mapę świata i czytając poznawaliśmy nie tylko kulturę i cechy charakterystyczne dla danego kraju ale także jego położenie. Chciałam tę książkę czytać powoli, nieco dokładniej poznając każdy kraj. Wyszło jak zwykle w tempie ekspresowym, ale mam nadzieję, że jakieś treści w tej małej głowie zostały.
"Przyjaciele" str 229
Ostatnią pozycję przeczytałam sama. To powieść dla dzieci 10 lub 11-letnich, więc dla Małego jeszcze za długie, dla Młodego za dziecinne. A dla mnie w sam raz. To niezwykle optymistyczna powieść o grupie dzieci zamieszkującej jedną kamienicę w Warszawie. Wraz z pojawieniem się w ich domu nowych lokatorów, na podwórku zaczynają się dziać cuda. Na wyschniętym klombie zakwitły żonkile, ponury dozorca pan Franciszek zaczyna się uśmiechać, a lokatorzy stają się dla siebie milsi. Pozytywne nastawienie do świata jednej rodziny zmienia wzajemne relacje wśród sąsiadów.
Współautorką książki jest Mira Stanisławska - Meysztowicz, która zainicjowała w Polsce akcję "Sprzątanie świata". Dlatego w książce nie brak wątków ekologicznych takich jak segregacja odpadów, zaśmiecanie lasu czy porzucanie zwierząt. To naprawdę wartościowa lektura.
Wszystkie książki zgłaszam do wyzwań wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
Ja zaś, kilka dni przed wakacjami miałam okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim z pisarzem. Niestety nie mogłam zabrać na nie chłopców, ale zabrałam ich ulubione książki i nasze egzemplarze "Kuby i Buby" oraz "Co to znaczy" wzbogaciły się o autografy autora.
Samo spotkanie okazało się niezwykle ciekawe. Dzieci, które przybyły na nie do biblioteki zadawały przeróżne pytania, a pan Grzegorz na każde odpowiadał traktując je z należytą powaga. Nawet zwracał się do dzieci używając słów "proszę pana" i "proszę pani". Opowiadał też o tym jak powstawały niektóre jego książki i skąd bierze na nie pomysły.
Po tym spotkaniu postanowiłam uzupełnić naszą listę przeczytanych książek pana Kasdepke.
Z pomocą jak zwykle przyszły mi biblioteki.
"Wczoraj, dzisiaj, jutro" str 48
To dość duża rozmiarowo książka, ale tekstu w niej niewiele - tak na jeden wieczór. Główna bohaterka nie lubi sprzątać swojego pokoju i ciągle odkłada to na Jutro. Ale gdy zaczyna się nowy dzień Jutro nie przychodzi, znów jest Dzisiaj. A gdzie się podziało Wczoraj? W zamyśle autora książka ma przybliżyć dzieciom pojęcia związane z upływającym czasem. Małego trochę zawiodła - za krótka i jakaś taka bez przygód. Ale może on już jest za duży na taką lekturę?
"Ostrożnie! Wszystko, co powinno wiedzieć dziecko, żeby mogło bezpiecznie bawić się w domu" str 69
To książka niezwykle potrzebna i warta polecenia. W 14 krótkich opowiastkach autor opisał chyba wszystkie zagrożenia, jakie mogą czyhać na dziecko w domu. Ostre przedmioty, gorące płyny, zapałki, urządzenia elektryczne - ileż to razy przestrzegałam moich chłopaków kiedy byli jeszcze mniejsi. A tu w bardzo ciekawej formie dzieci dowiadują się jakie mogą być skutki nie słuchania przestróg rodziców. W tej książce to nie dorośli upominają dzieci. To mały Dominik postanawia podzielić się swoim "życiowym doświadczeniem" ze szczeniakiem, którego dostaje od babci. Piesek z uwagą słucha dobrych rad i po swojemu przytakuje chłopcu.
Przy większości rozdziałów Mały wzdychał głośno "Przecież ja to wiem, jestem już duży". Zestresował go jedynie fragment mówiący o zagrożeniach, jakie niesie kuchenka gazowa. W naszym domu nie ma gazu, Mały nie miał więc świadomości jakie niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Za to w wakacyjnym domku w Bieszczadach nawet późnym wieczorem wyganiał nas z łóżek, żebyśmy sprawdzili, czy w kuchni gaz jest dobrze zakręcony.
"Niesforny alfabet" str 61
"- Uwaga! - krzyczę. - Alfabet w szeregu zbiórka! Sprawdzamy obecność! A?
- Jestem!
- Ą?
Cisza.
- Ą?!
- Ą gdzieś sobie poszła...
- Jak to "gdzieś sobie poszła"?! - krzyczę rozeźlony. - B?
- Jestem!
- C? D? E? Ę?
- Ę też gdzieś sobie poszła...
- No pięknie! - zgrzytam zębami. - F?
- Jestem!
- G? H? I? J? K? L? Ł? M? N? Ń?...
- Ń poszło szukać Ą i Ę...
- Bez pozwolenia?! - ryczę ze złości. - Niezłe porządki! Dalej! O? Ó?
- Ó już ósmy dzień jest na zwolnieniu...
- P? Q?
- Q to, panie generale, w ogóle rzadko się gdzieś pokazuje...
- Ja mu dam - grożę. - R? S? T? U? W? X? ...
- X obraził się na Y i zniknął...
- Ja mu zniknę! - mamroczę. - Y?...
- Y obraziło się na X i też zniknęło...
- Nie, tego już za wiele! - wybucham. - Z? Ź? Ż?
- Jestem! Jestem! Jestem!
- Czyli na trzydziesci trzy litery aż siedem jest nieobecnych, tak?! - tupię ze złości nogami.
- Tak jest! - odpowiada przetrzebiony alfabet."
To fragment wstępu tej niewielkiej książeczki. Mały już wie, że wstępy są z reguły nudne i nie chce ich czytać. Ale ten tak mu się spodobał, że czytaliśmy go wiele razy i Mały nauczył się go na pamięć. Potem razem odgrywaliśmy przedstawienia - ja byłam autorem - generałem, on wcielał się w rolę poszczególnych literek.
A dlaczego część literek zniknęło? Po prostu: w języku polskim nie rozpoczyna się na nie żaden wyraz. A zamiarem autora było stworzenie króciutkich rozdziałów, z których każda opiera się na wyrazach rozpoczynających się na konkretna literkę (niektóre wyrazy zastąpiono obrazkami). Opowiadania są śmieszne i przyjemnie się je czyta więc polecamy każdemu maluchowi. Nam przy okazji udało się nauczyć całego alfabetu, a do łask wróciła niezbyt lubiana literkowa układanka.
"Z piaskownicy w świat" str 78
To książeczka bliźniaczo podobna do "Niesfornego alfabetu", tylko zamiast kolejnych literek autor wziął na tapetę państwa świata. My ułożyliśmy sobie mapę świata i czytając poznawaliśmy nie tylko kulturę i cechy charakterystyczne dla danego kraju ale także jego położenie. Chciałam tę książkę czytać powoli, nieco dokładniej poznając każdy kraj. Wyszło jak zwykle w tempie ekspresowym, ale mam nadzieję, że jakieś treści w tej małej głowie zostały.
"Przyjaciele" str 229
Ostatnią pozycję przeczytałam sama. To powieść dla dzieci 10 lub 11-letnich, więc dla Małego jeszcze za długie, dla Młodego za dziecinne. A dla mnie w sam raz. To niezwykle optymistyczna powieść o grupie dzieci zamieszkującej jedną kamienicę w Warszawie. Wraz z pojawieniem się w ich domu nowych lokatorów, na podwórku zaczynają się dziać cuda. Na wyschniętym klombie zakwitły żonkile, ponury dozorca pan Franciszek zaczyna się uśmiechać, a lokatorzy stają się dla siebie milsi. Pozytywne nastawienie do świata jednej rodziny zmienia wzajemne relacje wśród sąsiadów.
Współautorką książki jest Mira Stanisławska - Meysztowicz, która zainicjowała w Polsce akcję "Sprzątanie świata". Dlatego w książce nie brak wątków ekologicznych takich jak segregacja odpadów, zaśmiecanie lasu czy porzucanie zwierząt. To naprawdę wartościowa lektura.
Wszystkie książki zgłaszam do wyzwań wyzwań Dziecięce poczytania Bonusowe oraz WyPożyczone.
wtorek, 14 sierpnia 2018
Zabawy nad rzeką czyli matematyka w plenerze
Gdyby zapytać chłopaków co bardziej podobało m się w Bieszczadach: górskie wędrówki czy zabawy nad rzeką chyba nie potrafiliby odpowiedzieć na to pytanie. Codziennie słyszeliśmy marudzenie o to, by pójść pomoczyć nogi w Wetlince.
A tam zabawa na całego.
Najpierw puszczanie kaczek na wodzie i liczenie, który kamień pobije rekord odbić od tafli rzeki.
Wstyd się przyznać, ale ja jako jedyna z całej rodziny nie opanowałam tej trudnej sztuki. Niby wiem, że połowa sukcesu to odpowiedni, płaski kamień. Chłopcy uczyli mnie też odpowiedniego zamachu - ale nic z tego. Niekwestionowanym mistrzem w puszczaniu kaczek jest oczywiście tata, którego rekord to 10 odbić. Młody, swoją własną, leworęczną techniką puszcza już nawet 7, a Mały stawia swoje pierwsze kroki w tej zabawie puszczając 3 lub 4 kaczki.
Wizyta nad rzeką to również obowiązkowa budowa tamy lub mostu z kamieni. Mały mógłby się tak bawić do zmroku i za każdym razem miał do nas żal, że nie pozwoliliśmy dokończyć budowli.
Rozstrzygaliśmy też dylematy: czy wieża zbudowana z 5 kamieni może być wyższa od tej, która ma aż 10 kamieni? Niestety nie udało nam się tego sprawdzić w praktyce, ale nawet Mały potrafił sobie wyobrazić kilka rozwiązań tego zadania.
Zabrałam też z domu prostą grę, którą znalazłam w wycinankach, które Mały przyniósł z przedszkola. Składa się ona z 24 kartoników w dwóch kolorach z liczbami od 1 do 12. Zielone kartoniki oznaczają - dodaj, zaś szare - odejmij. Choć instrukcja gry proponowała rozgrywki z wykorzystaniem klocków - my graliśmy kamykami. Każdy ciągnie po kolei kartonik z zakrytego stosu i dobiera lub oddaje odpowiednią ilość kamieni.
Kiedy do gry włączył się Młody padło pytanie: a co z liczbami ujemnymi, przecież gdy masz 4 kamyki, a wylosujesz, że masz odjąć 6 to masz kamykowy dług. Ale Mały chociaż zrozumiał o co chodzi, nie chciał zgodzić się na takie zasady gry.
Myślę, że tę prostą grę matematyczną jeszcze nie raz wykorzystamy, kamyki, patyki, liście są przecież wszędzie.
A tymczasem zgłaszamy się do projektu Matematyka w plenerze.
A tam zabawa na całego.
Najpierw puszczanie kaczek na wodzie i liczenie, który kamień pobije rekord odbić od tafli rzeki.
Wstyd się przyznać, ale ja jako jedyna z całej rodziny nie opanowałam tej trudnej sztuki. Niby wiem, że połowa sukcesu to odpowiedni, płaski kamień. Chłopcy uczyli mnie też odpowiedniego zamachu - ale nic z tego. Niekwestionowanym mistrzem w puszczaniu kaczek jest oczywiście tata, którego rekord to 10 odbić. Młody, swoją własną, leworęczną techniką puszcza już nawet 7, a Mały stawia swoje pierwsze kroki w tej zabawie puszczając 3 lub 4 kaczki.
Wizyta nad rzeką to również obowiązkowa budowa tamy lub mostu z kamieni. Mały mógłby się tak bawić do zmroku i za każdym razem miał do nas żal, że nie pozwoliliśmy dokończyć budowli.
Czasami udawało mi się też wciągać chłopaków w jakieś inne zabawy Na przykład budowanie wieży z kamieni. Trzeba przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. Ale satysfakcja z postawienia największej wieży ogromna.
Zabrałam też z domu prostą grę, którą znalazłam w wycinankach, które Mały przyniósł z przedszkola. Składa się ona z 24 kartoników w dwóch kolorach z liczbami od 1 do 12. Zielone kartoniki oznaczają - dodaj, zaś szare - odejmij. Choć instrukcja gry proponowała rozgrywki z wykorzystaniem klocków - my graliśmy kamykami. Każdy ciągnie po kolei kartonik z zakrytego stosu i dobiera lub oddaje odpowiednią ilość kamieni.

Kiedy do gry włączył się Młody padło pytanie: a co z liczbami ujemnymi, przecież gdy masz 4 kamyki, a wylosujesz, że masz odjąć 6 to masz kamykowy dług. Ale Mały chociaż zrozumiał o co chodzi, nie chciał zgodzić się na takie zasady gry.
Myślę, że tę prostą grę matematyczną jeszcze nie raz wykorzystamy, kamyki, patyki, liście są przecież wszędzie.
A tymczasem zgłaszamy się do projektu Matematyka w plenerze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































