poniedziałek, 31 lipca 2017

Wakacyjne wybuchy

Wiadomo, że dzieci lubią  eksperymenty. Szczególnie takie zjawiskowe, wybuchające. Dlatego chłopcy już od dawna prosili mnie, aby zrobić z nimi wulkan. Długo z tym zwlekałam, wymigując się brakiem czasu lub potrzebnych składników. Jednak kiedy na kilka dni przyjechał do nas w odwiedziny kuzyn chłopców, pomyślała,że będzie to dość fajne zajęcie dla dwóch kilkulatków.

Najpierw jednak Młody pojechał na zakupy. Przywiózł: sól, mąkę, sodę oczyszczoną, olej (miał być ocet, ale Młody pomylił butelki) oraz Mentosy i Coca-colę. Młody bowiem postanowił sam zrobić z maluchami eksperyment z wybuchającą Colą. Niestety, mimo, iż wrzucił do butelki dość sporo Mentosów, wybuch nie był imponujący.





Chłopcy jednak nie zrazili się niepowodzeniem i przystąpili do lepienia wulkanów. Za surowiec posłużyła nam masa solna.



Wulkany wypiekły się w piekarniku, a potem zostały artystycznie pomalowane.


Zgodnie z przepisem w kraterach wulkanów została umieszczona soda oczyszczona...


a to wszystko obficie polano octem.



Wybuch był taki jak w prawdziwym wulkanie. Chłopcy tym razem byli pod wrażeniem.






niedziela, 30 lipca 2017

Superdziadkowie

Jak to się dzieje, że dziadkowie mają więcej cierpliwości do swoich wnuków niż ich rodzice?
To czego nie chce się mamie zrobi babcia, to czego nie chce kupić tata kupi dziadek.
Moi synowie doświadczyli tego na własnej skórze. Dziadkowie rozpieszczają ich na potęgę. Babcia Krysia nie przyjeżdża już do nas bez miski ruskich pierogów i swojskiego ciasta i zawsze jest gotowa do gry w karty. Babcia Irka ma zawsze w torebce autko dla Małego i książkę dla Młodego. Poza tym do historii przechodzą już jej pomysły na zabawy z wnukami. Gdy Młody miał kilka lat godzinami bawiła się z nim w przedszkole. Do dziś  zachowały się listy dzieci - maskotek, którymi wspólnie się opiekowali. stała się też specjalistką od budowania parkingów na prawie 200 samochodów. Nie raz usłyszałam od Małego,że źle ustawiam autka, babcia robi to lepiej. Dziadka mają chłopcy tylko jednego. Nikt tak jak on nie udaje konika i nikt nie kupuje chłopakom podwójnej porcji lodów. Gdy przyjeżdża do nas dzielnie goni się po całym podwórzu, jeździ na rowerze i gra w piłkę, aż pot leje się strumieniami. a razem babcią Irką sami dopominają się, aby zagrać z wnukami w kręgle na X-boxie.

Nasi dziadkowie podobnie jak bohater książki Ireny Landau zasługują na tytuł "Superbabci" i "Superdziadka".
A jaki jest tytułowy "Superdziadek"?
Cały swój wolny czas poświęca swej wnuczce Dorocie. Gra z nią w berka na podwórku, urządza dla niej przedstawienia, chodzi  nią do ZOO, zabiera na wycieczki. Czasem jest trochę nie poważny, czasem zachowuje się jak dziecko, ale własnie za to jest uwielbiany przez swoją wnuczkę.

Dorotka ma to szczęście, że mieszka z dziadkiem w jednym domu. My niestety do naszych dziadków mamy ciut daleko. Częstsze wizyty nadrabiamy teraz w czasie wakacji.

Książkę Ireny Landau "Superdziadek" przeczytaliśmy z przyjemnością i zgłaszamy ją do wyzwań: Powrót do dzieciństwaCzytam,ile chcęWyPożyczone.






czwartek, 27 lipca 2017

Nadjeżdża Noddy

Wakacje to u mnie czas gruntownych porządków. Co rok o tej porze robię gruntowny przegląd szaf chłopaków i co rok okazuje się, że jest w nich mnóstwo rzeczy, z których chłopcy wyrośli lub zmienili zainteresowania. Ubrania i zabawki szybko znajdują nowych właścicieli wśród dzieci bliższych i dalszych znajomych. Gry, puzzle i książki dzielę na dwie grupy: część wędruje do biblioteki lub na jesienny szkolny festyn, część chowam do pudła w szafie, które dedykuję następnemu pokoleniu naszej rodziny. Muszę przyznać, że o ile Młody bez żadnych oporów robi miejsce na swoich półkach, to Mały ciężko rozstaje się ze swoimi zabawkami. Często sam prosi by nie oddawać ich nikomu, ale schować do pudła "dla jego dzieci"

W tym roku do owego pudła jako pierwsze trafiły cztery książeczki o sympatycznym pajacyku Noddym.


Mały, jako trzylatek był wielkim fanem tej bajki i oprócz oglądania kreskówki domagał się czytania o przygodach pajaca. Te książeczki dostał od babci i swego czasu czytaliśmy je po kilka razy.

"Noddy i piraci" - Noddy otrzymał w prezencie skuter wodny. Pływając po morzu spotkał syrenki i razem z piratami zakopywał skarby.

"Magiczna konewka"- pajacyk chciał pomóc Misi w podlewaniu roślin. Dzięki magicznej konewce wyhodowali gigantyczne pomidory.

"Zabawa w chowanego" - Jak znaleźć Robotka? Tylko przy pomocy magnesu.

"Urodziny robotka" - Noddy postanawia wyprawić przyjęcie dla przyjaciela. Nie przeszkodzą mu w tym nawet złośliwe gobliny.

Książeczki są króciutkie, pisane językiem małego dziecka, dla sześciolatka zdecydowanie zbyt dziecinne. Przeczytaliśmy je po raz ostatni i schowaliśmy w szafie.
Oczywiście zgłaszamy je do wyzwania Powrót do dzieciństwa

Wakacje z Adamem Bahdajem

Jako dziecko zaczytywałam się w powieściach Adama Bahdaja.
Rok temu postanowiłam podrzucić parę tytułów Młodemu i tak oto na naszej półce zagościła ta oto kolekcja.


Młody ma początek zajął się Panem Samochodzikiem. Z pomocą biblioteki przeczytał większość pozycji z tej serii. Książki Bahdaja czekały na swoją kolej. I doczekały się.

Co sprawiło, że postanowiłam po nie sięgnąć?

Po pierwsze: wyzwanie czytelnicze Powrót do dzieciństwa. W lipcu hasłem bonusowym jest parasol, a parasol w książce to może być tylko "Uwaga czarny parasol". Tym sposobem przypomniałam sobie historię pary detektywów Kubusia i Hipci, którzy z pomocą Leniwca rozwikłują zagadkę czarnego, starego parasola.
A potem z rozpędu przeczytałam jeszcze "Kapelusz za 100 tysięcy". To również młodzieżowa powieść detektywistyczna, gdzie para nastolatków Dziewiątka i Maciek  - ornitolog rozwiązują tajemnicę zamiany kapeluszy w nadmorskiej restauracji.


 Drugi pomysł  na wakacje z Bahdajem podała tam TVP ABC. Gdy wróciliśmy z Kopenhagi i wypoczywaliśmy w Świnoujściu codziennie wieczorem oglądaliśmy kolejne odcinki "Podróży za jeden uśmiech". Chłopcom bardzo spodobał sie ten czarno-biały, a jednak ponadczasowy film, a ponieważ załapaliśmy się dopiero na piąty odcinek cyklu, obiecałam,że kupię im całość na płycie DVD.


Teraz chłopcy oglądają przygody Dudusia i Poldka w kolorze, a książka czeka na przeczytanie.

Przy okazji odkryłam, że historia opisana w "Kapeluszu za 100 tysięcy" została wykorzystana w jednym z odcinków serialu "Podróż za jeden uśmiech" - taki psikus pana Bahdaja, który sam napisał scenariusz ekranizacji swojej powieści.

Wakacje trwają, mam nadzieję,że zdążę jeszcze przeczytać Telemacha, a potem Tolka Banana. Być może będę musiała zamówić też kolejne filmy :)

"Kapelusz za 100 tysięcy" oraz "Uwaga czarny parasol" zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwa oraz Czytam, ile chcę.

niedziela, 23 lipca 2017

Ewa Nowak "Na ratunek Karuzeli"

Na okładce helikopter, w tytule Karuzela, a w środku niesamowita przygoda małego Antka.


Główny bohater pojawia się w hali sportowej na cotygodniowym treningu piłkarskim, jednak ku swojemu zdziwieniu słyszy, że ma wracać do domu, gdyż zajęcia są odwołane. Niestety chłopak nie ma jak wrócić. Zagoniona mama już zdążyła odjechać i nie odbiera komórki. Trener zabiera więc Antka na wyjątkową akcję ratunkową.

Ta niesamowita historia przeczytana z rozpędu w jeden wieczór bardzo poruszyła Małego.
W sumie nie wiadomo co bardziej zadziałało na jego wyobraźnię: czy to, że Antek leciał helikopterem, czy to, że uratował małego pieska.

Kilka dni po przeczytaniu tego opowiadania Mały pierwszy raz poleciał samolotem. Niepokój, jaki go dopadł kilka godzin przed startem minął jak ręką odjął, kiedy byliśmy już w powietrzu.



Kiedy czekaliśmy na odbiór naszej walizki usłyszeliśmy słowa, które długo będziemy pamiętać:
"Tato czy to był sen,czy ja naprawdę leciałem samolotem?"

Książkę "Na ratunek Karuzeli zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwa oraz WyPożyczone

środa, 19 lipca 2017

W kraju Pana Andersena

W tym roku naszą wakacyjny wypoczynek zaplanowaliśmy w Kopenhadze. Żeby było ciekawiej i bardziej "po naszemu" nie skorzystaliśmy z oferty żadnego biura podróży, tylko sami ustalaliśmy czym pojedziemy, co zwiedzimy, dopasowując to wszystko do naszych zainteresowań i funduszy.

Podczas gdy mąż ogarniał sprawy logistyczne, mnie po głowie chodziła jedna myśl: Jedziemy do kraju Andersena, a Mały nie zna żadnej z jego baśni. Młody zaznajomił się z nimi w czwartej klasie. Pani od polskiego zleciła przeczytanie kilku wybranych baśni, a my, żeby nie było nudno, z pomocą portalu SuperKid stworzyliśmy taki oto baśniowy zeszyt.






Ale Mały baśni nie lubi, więc gruby tom andersenowskiej twórczości, który ja sama dostałam w prezencie z okazji I Komunii Św. pokrywa się kurzem. Synek nie dał się nawet namówić na oglądanie animowanych wersji baśni. Pognałam więc do biblioteki i poprosiłam o jakieś cieńsze wydania, koniecznie z obrazkami. Mały wybrał spośród ich tylko dwie: "Brzydkie kaczątko" i "Calineczkę"czyli "Dziecię Elfów".


Słuchał z zainteresowaniem i chyba nawet mu się podobało, choć stwierdził, że Calineczka to bajka dla dziewczyn.

Kopenhaga, jak każda stolica pełna jest zabytków i urokliwych miejsc. O tym co udało nam się zobaczyć napiszę już wkrótce. Ale moje oczy wciąż wypatrywały śladów sławnego bajkopisarza, który choć urodził się w Odense, większość swego życia spędził właśnie w Kopenhadze. I wreszcie trzeciego dnia pobytu odnaleźliśmy pomnik Poety (jak nazywają go Duńczycy).


Twarz Andersena zwrócona jest w stronę Ogrodów Tivioli, w których autor czerpał inspirację do wielu baśni.


 Różne źródła internetowe podają, że często można tam zobaczyć aktorów odgrywających scenki z baśni. Niestety, nie spotkaliśmy żadnego. Zabrakło nam też czasu na zwiedzenie Muzeum Andersena, choć może czas by się znalazł, gdyby moi panowie wykazali choć trochę więcej zainteresowania twórczością baśniopisarza.

Mimo wszystko dwie przeczytane baśnie mogę zgłosić do wyzwań: Czytam, ile chcęWyPożyczonePowrót do dzieciństwa.


Opowieści o smokach

Smoki nie leżą w kręgu zainteresowań Młodego, nie pojawiają się w jego zabawach, ale w książkach owszem.

Na początku roku wygraliśmy na aukcji wspierającej WOŚP wielki karton książek. Wśród nich była ta oto: "Świat w obrazkach. Smoki".


Nie przepadam za czytaniem do poduszki książek z tej serii. ale ta akurat jest inna niż wszystkie. Nie zawiera samych faktów z danej dziedziny, ale luźne opowiastki o różnych gatunkach smoków.


Poznamy tu Smoka Okrutnika, Smoka Uczonego, Smoka Straszka, Smoka Chińskiego i wiele, wiele innych. Na końcu czeka na nas nieco dłuższa historia Smoka Złocistego, najpiękniejszego ze wszystkich smoków,syna Smoka Wodnego i Smoczycy Niebios, który pilnuje magicznej Perły Mądrości, by nie dostała się ona w niepowołane ręce.

Muszę przyznać,że Mały początkowo trochę się bał przy czytaniu tej książki. Kilka razy pytał, czy te smoki na pewno nie istnieją i są tylko wymyślone.Ale już druga smocza książeczka wywoływała u niego tylko miłe uczucia.


"Nie taki smok straszny" Agnieszki Urbańskiej to wesoła historia przedszkolaka Grzesia, który pewnego dnia w kartonie stojącym na balkonie znajduje smocze jajo. Upuściła je przypadkiem przelatująca nad miastem smoczyca. Wykluwa się z niego najprawdziwszy smok Cudok. Grześ, ze swym nowym przyjacielem przeżywa wiele przygód.Ale mały Cudo tęskni za swoją mamą, Dlatego Grześ nie czuje żalu, gdy smoczek go opuszcza i wraca do rodziców.
Książka nie jest długa, napisana przystępnym językiem, dlategobardzo się Małemu spodobała.

Książki o smokach zgłaszam do wyzwań Powrót do dzieciństwaWyPożyczoneCzytam, ile chcę.

wtorek, 18 lipca 2017

W Pszczynie

Lato w pełni, oznacza to mniej obowiązków, a więcej czasu na podróżowanie.
Dłuższy rodzinny wyjazd mamy już za sobą,ale o tym innym razem. Dziś, żeby nie uciekło wspomnienia z Pszczyny.

Wycieczkę do Pszczyny planowaliśmy już w ubiegłoroczne wakacje, ale jakoś nie starczyło nam czasu. W tym roku dodatkowo motywowały nas dwie młodsze kuzynki chłopaków, które nie mogły się doczekać, kiedy ciocia zabierze je do "zamku księżniczki".
Dla moich synów Muzeum zamkowe było najmniej oczekiwaną atrakcją, więc jak tylko wysiedliśmy z pociągu, zaopatrzeni w bezpłatną mapkę z Punktu Informacji Turystycznej (uwielbiam te punkty) ruszyliśmy do pszczyńskiego skansenu.



Zagroda Wsi Pszczyńskiej jest jedną z atrakcji Zabytkowego Parku Pszczyńskiego. Choć mieści się na niewielkim obszarze znajduje się w nim kilkanaście zabytków architektury drewnianej z XIX wieku.




Do większości chat można wchodzić, podziwiać ich dawny wystój, czy zapomniane już narzędzia pracy. W dwóch ustawione są głośniki emitujące odgłosy pracy kowala i gospodyni krzątającej się po kuchni. Bardzo onieśmielało to Małego, który do końca nie był pewien, czy ta chata naprawdę jest pusta.






Po wizycie w skansenie parkowymi ścieżkami dotarliśmy do zamku, a później na rynek. Tam na ławeczce z księżną Daisy czekaliśmy aż dołączą do nas babcia, wujek z ciocią i dwie małe księżniczki.
Wspólnie zwiedziliśmy Muzeum Zamkowe. Ja byłam tam już kolejny raz nie przeszkadzał mi więc ekspresowe zwiedzanie dzieciaków. Natomiast denerwujące mogło być to, że w poniedziałki, kiedy jest darmowy wstęp Muzeum udostępnia do zwiedzania tylko część swoich pomieszczeń. Jeśli chce się zobaczyć wszystko, trzeba przyjechać w inny dzień i niemało zapłacić za bilety.

Zdjęcia na Zamku robił mój brat i jeszcze mi ich nie przesłał, więc nie zamieszczę tu żadnego.

Kiedy opuściliśmy "pałac księżniczki Daisy" udaliśmy się do pszczyńskiej Zagrody Żubrów.
Dzieci mogły się wyszaleć na parkowych alejkach, więc wśród zwierząt poruszały się już nieco wolniej. A zagrodę oprócz żubrów zamieszkują także pawie, gęsi i kaczki, daniele, jelenie i muflony, w klatkach można zobaczyć też dzika i króliczki.









Wycieczkę zakończyliśmy na rynku obiadem i lodami i zaliczamy do bardzo udanych.

wtorek, 4 lipca 2017

Kowboj Kuba

Tematyki Dzikiego Zachodu jeszcze u nas nie było,a przecież Indianie, kowboje doskonale wpisują się w zainteresowania małych chłopców.
Tak sobie myślałam biorąc do ręki niewielką książeczkę autorstwa Evy Muszynsky "Kowboj Kuba i kucyk".


Jednak okazało się,że ta książeczka niewiele ma wspólnego z Dzikim Zachodem. Przecież prawdziwi kowboje jeżdżą konno po prerii, rzucają lassem i słuchają się szeryfa. Kowboj Kuba nie ma konia, mieszka na ranchu "Przytulne Gniazdko" razem ze świnką i krówką o wdzięcznych imionach Rózia i Ela. Już nie zachęca do czytania. Ale będzie jeszcze gorzej gdy  kowboj spotka Indianina - fotografa i kucyka puszczającego bąki. Na szczęście książeczka nie jest gruba i jakoś przetrwałam te dwa wieczory czytania. Małemu się jednak podobało, bo przy  najbliższej wizycie w bibliotece sam wygrzebał na półkach drugą część tej serii: "Kowboj Kuba i nieznośne kury".


Tym razem na jego rancho przybywają hałaśliwe kury muzykantki, za którymi podąża groźny kojot. tym razem uwinęłam się w jeden wieczór. Mam nadzieję, że więcej przygód Kowboja Kuby biblioteka nie zakupiła.

Książki zgłaszam do wyzwań: WyPożyczoneCzytam, ile chcęPowrót do dzieciństwa