niedziela, 31 grudnia 2017

Do szopy hej pasterze

Jedną ze świątecznych książek, jakie w tym okresie pojawiły się w naszym domu była przepięknie zilustrowana opowieść pt."Najpiękniejsze Święta".


To historia napisana oczami dziecka. Agnieszka i Bartek wyjeżdżają na święta do wujka, do małej górskiej miejscowości. Biora tam udział w przygotowaniach do Wigilii - jadą z kuzynami po choinkę, odwiedzają świąteczny jarmark, oczekują wizyty Mikołaja, aż wreszcie idą do kościoła, aby obejrzeć stajenkę.



Książkę przeczytaliśmy jeszcze przed Świętami.
Później zrobiliśmy naszą domową szopkę, która długo jeszcze była uzupełniana przez Małego o kolejne zwierzątka i dekoracje.




A już po świętach sami odwiedzimy stajenki, powstałe w różnych miastach i kościołach.

Szopka w naszym kościele parafialnym



 Stajenka na rynku w Mikołowie




Szopka na rynku w Katowicach




Książkę zgłaszam do wyzwania: Powrót do dzieciństwa

czwartek, 21 grudnia 2017

Jeżycjada czyli podróż w czasie

Wzięło mnie na wspomnienia.

A wszystko przez koleżankę, która wręcz włożyła do moich rąk "McDusię".


Z ciekawością zajrzałam do środka, a tam - O matko i córko! - jest rok 2009, Święta Bożego Narodzenia, Laura własnie wychodzi za.mąż,  Ignacy Grzegorz jest już prawie pełnoletni, a ja się zatrzymałam na czasach gdy Gabrysia dopiero wzdychała z miłością do jego ojca.
A co u państwa Borejków - na szczęście mają się dobrze,a nestor rodu wciąż zasypuje wszystkich łacińskimi sentencjami. Wtóruje mu Łusia, 12-letnia córka Idy. A McDusia to jedna z córek Kreski - wnuczki profesora Dmuchawca, która przyjeżdża do Poznania, aby uporządkować mieszkanie po zmarłym pradziadku.

Książkę przeczytałam dosłownie w jeden dzień no i zdałam sobie sprawę, że kiedy w czasach licealnych zaczytywałam się w powieściach pani Musierowicz, to zatrzymałam się wówczas na "Noelce". Tyle się od tego czasu wydarzyło - to zarówno w moim życiu jak i w życiu Borejków. Zatęskniłam za Jeżycjadą, więc udałam się do biblioteki, złapałam kilka nie czytanych wcześniej tomów i odjechałam...do Poznania.

Najpierw rzuciłam się na "Język Trolli".


Tytułowa Trolla pojawiła się w "McDusi", a ponieważ nie znałam wcześniej tej postaci, troszkę mnie ona zaintrygowała. Wskoczyłam w rok 2004. Józinek, syn Idy jest w trzeciej klasie, ostro rywalizuje z odrobinę starszym kuzynem, w Borejkowej kuchni roi się od dzieci, a Róża oznajmia wszystkim, że jest w ciąży. Gwarno i wesoło jest również w domu państwa Oracabessów, dokąd w sylwestrową noc wykradają się Laura i Józinek. Trolla czyli Stanisława jest właśnie częścią tej nieco zwariowanej, muzycznej rodzinki. Pomimo, że zmaga się z ciężką chorobą tryska optymizmem, a z jej twarzy nie schodzi uśmiech.

"Żaba" to kolejny tom sagi rodu Borejków. W całości poświęcony jest Róży,jej mającej przyjść na świat córeczce oraz nieobecnym Fryderyku. Jednak główną bohaterką jest Hildegarda zwana Żabą, siostra Fryderyka.


Następnie przeniosłam się do roku 1996 i poznałam historię Belli czyli "Córki Robrojka". W 2004 roku po świecie biegają już synowie Roberta i Natalii, tu mogłam przeczytać jak rodziło się ich uczucie.


A na koniec jeszcze moja ulubiona "Noelka", w której Gabrysia przedstawia rodzinie Grzegorza, a Ida wychodzi za mąż. Kiedyś miałam ją nawet na własność i czytałam kilka razy. Teraz przeczytałam kolejny raz i mogę już zaczynać Święta.



Więcej nowszych egzemplarzy Jeżycjady w bibliotece póki co nie było. do tych starszych na razie nie chce wracać. Może kiedyś uda mi się przeczytać cały cykl od początku do końca.


Książki zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwaWyPożyczone oraz Czytam, ile chcę.

Matematyczne choineczki

Wczoraj rano w  naszym kalendarzu adwentowym Mały znalazł zadanie: Wykonaj choinki z różnych figur geometrycznych. Wyciągnęliśmy więc kolorowy papier i zabraliśmy się do roboty. Mama wycinała, synek zaginał i tak oto powstały dwie choineczki: z kółek i z odpowiednio poskładanych kwadratów.


Następnie ja poszłam szykować obiad, a Mały w tym czasie samodzielnie wykonał choineczkę z trójkątów i nawet ją odpowiednio udekorował.




Pisałam już, że uwielbiam "inspirować się" projektami blogowymi. W ramach projektu Matematyka na święta powstał wpis Moni z bloga MaMiBa, a w nim choineczki z działaniami. Odwiedziłam tę stronę, choinki wydrukowałam i podsunęłam Małemu. Znalazłam też jakieś naklejki z cyferkami co bardziej uatrakcyjniło mu pracę. Mały liczył dzielnie dopóki starczyło mu palców, potem pozwoliłam mu odkryć do czego służy kalkulator :)

Mniejsze choineczki podzieliłam: w części dodawaliśmy, a w części mnożyliśmy.


A tu z pomocą przyszedł starszy brat i sposobem pisemnym wykonał trudniejsze działania.


A wieczorem w salonie stanęła wyczekiwana żywa choinka. Tata ściągnął ze strychu wszystkie ozdoby i dziś od rana Mały walczy ze sobą by nie ubrać jej samodzielnie. No, ale obiecał czekać na brata.

Wpis ten oczywiście zgłaszam do projektu Matematyka na święta i bardzo dziękuję Bubie za zorganizowanie tej zabawy.

środa, 20 grudnia 2017

Przedświąteczne mnożenie

No i Mały w końcu się pochorował - na szczęście to tylko przeziębienie. Przedświąteczny czas spędzamy w domu. Mały nie przynosi z przedszkola żadnych świątecznych obrazków, więc staramy się zrobić co nieco w domu. Wczoraj ruszyliśmy z produkcją wiszących choinek i gwiazdek.
Pomysły podpatrzyłam gdzieś w internecie i pomyślałam sobie, że ten rodzaj ozdób świątecznych doskonale wpisze się w projekt blogowy Matematyka na święta.

Najpierw zrobiliśmy wiszące choineczki. Mama narysowała i wycięła trójkąty, synek pozaginał je tak jak wachlarzyki. Następnie nawlekłam je po trzy na nitkę i rozłożyłam na dywanie.


Następnie zaczęliśmy z Małym przeliczanie: ile choinek jest na jednej nitce, ile jest na dwóch, a ile na trzech.
Mały  szybko zorientował się, że tym razem nie dodajemy, a mnożymy.

Kiedy wszystkie choinki były już policzone, zajęliśmy się produkcją gwiazdek. Ja wycinałam gwiazdy z pianki, Mały ciął słomkę na równe kawałeczki.




Powiesiliśmy gwiazdki na drewnianej łyżce i zaczęliśmy mnożyć przez 4.

Skąd pomysł na mnożenie z sześciolatkiem, który nie potrafi jeszcze prawidłowo zapisywać cyfr?
Jakiś czas temu siedzieliśmy w oszklonej budce na peronie w Dąbrowie Górniczej. Jak zwykle czekaliśmy na pociąg. Nagle Mały oznajmił: "A wiesz mamo, że 4 razy 5 to jest 20". Przytaknęłam i zaraz zapytałam skąd to wie. "Policzyłem sobie. Zobacz tu jest 5 dużych okien, a każde składa się z 4 małych. To razem tych małych jest  20." "No a skąd ty synku wiesz, że to jest mnożenie?" Tego oczywiście nauczył go starszy brat, a ja nawet nie wiem kiedy.

Nasze przedświąteczne mnożenie zgłaszam do projektu Matematyka na święta.



Franklin

Tego małego, sympatycznego żółwika uwielbiał Młody. Czytaliśmy książeczki (te nabyte i te pożyczone), oglądaliśmy kreskówki, przez pewien czas kupowaliśmy nawet bardzo fajną gazetkę (szkoda, że ukazało się tylko parę numerów). Mały do tej pory nie lubił Franklina. Nie chciał więc nie czytaliśmy, choć nie wiem co mu się w tych historyjkach nie podobało. Ale niedawno poprosiłam Młodego by wybrał się do biblioteki i przyniósł bratu jakieś świąteczne opowieści. No i Młody przyniósł Franklina.


W tej dużej książce kryły się aż dwie opowieści.
"Franklin i prezent świąteczny" - tu mały żółwik ma problem z wyborem zabawki, którą ma przekazać jako choinkowy podarunek dla uboższych dzieci.
"Franklin boi się ciemności" - opowiada o sposobach radzenia sobie ze swoimi lękami. Okazało się,że Mały zna te historię, gdyż kilka razy oglądał ją w przedszkolu.

Franklin się spodobał, dlatego wyciągnęliśmy z szafki część naszych zbiorów.


Przeczytaliśmy 6 książeczek:
"Franklin gra w piłkę nożną"
"Franklinie pośpiesz się"
"Franklin i nowy przyjaciel"
"Franklin mały bałaganiarz"
"Franklin i nowa nauczycielka"
"Franklin mały zapominalski"

Książeczki są tak skonstruowane, że dziecko może troszkę utożsamiać się z żółwikiem. Na początku każdej autorka wymienia jakie czynności samoobsługowe opanował już Franklin. Mały zaraz odnosił je do siebie, porównywał i myślał co jeszcze musi poćwiczyć.
Wspólnie uznaliśmy, że najlepsze książeczki to "Franklin gra w piłkę nożną"- Mały, też uwielbia ten sport oraz "Franklin mały bałaganiarz" - ta cecha charakteru nie obca jest synkowi.

Na półce zostały jeszcze cztery franklinowe książeczki, z innej serii wydawniczej, napisane większym drukiem i z mniejszą ilością tekstu. Zostawiam je Małemu do samodzielnego przeczytania jak już opanuje sztukę składania liter.

Książki zgłaszam do wyzwania: Powrót do dzieciństwa



wtorek, 19 grudnia 2017

Prezent dla Cebulki

Rok lub dwa lata temu ta książka była polecana na każdym blogu. Wydawnictwo Zakamarki nieźle ją wypromowały. Cena - prawie 50 zł skutecznie odstrasza od zakupu. Ale udało mi się upolować ja na aukcjach WOŚP. Prawie rok stała na półce czekając na ten magiczny, świąteczny czas.
Wczoraj skończyliśmy czytać "Prezent dla Cebulki".
I co? Podobała się - choć zachwytu nie było.



Stig, nazywany przez mamę Cebulką marzy aby w świątecznym prezencie dostać rower i tatę.
No ale jak to, on nie ma taty? Przecież każdy go ma. No chyba, że umarł. Nie umarł, to jak to?

Dla dziecka wychowywanego w pełnej rodzinie takie tematy rodzą wiele pytań. Mały wie, że nie wszystkie dzieci mieszkają razem z mamą i tatą, wie co to rozwód rodziców, ale chyba nie do końca uzmysławia sobie, że można w ogóle nie mieć taty. Tym bardziej, że zawsze mu tłumaczymy, że dzieci biorą się z miłości dwojga ludzi.


Mały Stig bardzo odczuwa brak taty. Często pyta mamę, gdzie on jest. Chce jechać do Sztokholmu, aby go odszukać. Nie wystarczają mu zapewnienia mamy, że ona chciała tylko jego, że nie pokochała tego mężczyzny.

Roweru Stig też nie dostanie, bo mamy po prostu nie stać na tak drogi prezent. Na dodatek sprawa nieznanego ojca chłopca staje się przyczyną kłótni i bójek z kolegami w szkole, a na świąteczne występy mama przychodzi z Karlem, którego cała okolica uważa za dziwaka.
Nic nie zapowiada tego, że te Święta mogą być szczęśliwe.


Mimo, iż uważam, że Mały jest jeszcze ciut za mały na te książkę, nie żałuję, że już ją przeczytaliśmy. Myślę, że nauczyła go pewnej tolerancji względem drugiego człowieka. Pokazała też, że świat nie zawsze jest taki poukładany jak my go widzimy. Kto wie, może za parę lat Mały będzie miał potrzebę by do niej wrócić.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Powrót do dzieciństwa

wtorek, 12 grudnia 2017

Jak to jest z tym Mikołajem?

Tego dnia nie zapomnę nigdy. Miałam chyba 7 lub 8 lat. Bawiłam się latem na podwórku z młodszymi kuzynkami, które często przyjeżdżały do nas z wizytą. Nie wiem o czym rozmawiałyśmy, ale nagle one powiedziały, że Święty Mikołaj i Dzieciątko nie istnieją, że to rodzice kupują prezenty i podkładają je pod choinkę. Pobiegłam na skargę do mamy, ale ona przyznała rację kuzynkom. Długo nie mogłam się z tym pogodzić, chyba cały mój dziecięcy świat rozsypał się jak domek z kart. Na dodatek miałam żal do rodziców, bo byłam już stosunkowo duża, a oni w pewien sposób okłamywali mnie.

Dlatego, kiedy Młody w wieku 6 czy 7 lat zaczął wątpić w istnienie Św. Mikołaja i zaczął dopytywać jak to jest, sama powiedziałam mu prawdę. Wolałam, żeby dowiedział się tego ode mnie, a nie w szkole od kolegów. Młody stwierdził, że i tak wszystkiego się już domyślał i obiecał, że póki co nie zdradzi tego młodszemu bratu.

Dziś Mały ma już 6 lat. Nie dopytuje i nie wątpi. Myślę, że gdyby teraz dowiedział się prawdy byłby w tak wielkim szoku jak ja przed lat, a może wcale by nie uwierzył w tę prawdę.
1 grudnia wywiesił adwentowy kalendarz, do którego Aniołek wkłada mu adwentowe zadania. Zaczął chodzić do kościoła, bo Dzieciątko patrzy, które dzieci są na Mszy Św. i to im przynosi wymarzone prezenty. A 5 grudnia szykował pod oknem pierniczki i mleko dla Mikołaja oraz marchewkę dla reniferów.

Szczerze mówiąc ciężko mi dopasować świąteczne lektury pod to w co wierzy Mały. Czytając nieraz muszę na bieżąco tłumaczyć, dlaczego niektórym dzieciom Mikołaj przynosi prezenty dopiero pod choinkę, albo gdzie naprawdę mieszka Święty: w niebie czy w Laponii.

Na szczęście Mały nie jest dociekliwy. Oczekując Mikołaja i zamartwiając się czy aby za bardzo nie zmoknie przeczytaliśmy takie oto książeczki.

"Moja pierwsza książka na Święta" - wydawnictwo Zielona Sowa


Jak dla nas - bajeczka na 5 minut z pięknymi ilustracjami. Opowieść raczej dla młodszych dzieci, o tym jak Mikołaj z pomocą elfów spełnia marzenia dzieci w różnych zakątkach świata. Marek, chłopiec z Polski, marzy o tym by dostać w prezencie pociąg. "Elfy natychmiast wzięły się do pracy. Stworzyły w swojej fabryce najpiękniejszy prezent na świecie, idealny podarunek dla Marka"


Hmm, Mały też marzy o pociągu z Lego. Tylko, że ja powtarzam mu, że to za drogi prezent jak dla Mikołaja. No ale hola, w tej książce nie wspominają nic o pieniądzach. Prezenty powstają w fabryce elfów.


"Nadchodzą Święta" - wydawnictwo Zielona Sowa
Druga znaleziona w bibliotece książka jest już poważniejsza. To zbiór opowieści i ciekawostek o Świetach Bożego Narodzenia.  Zawiera też teksty kolęd.


Małego najbardziej zaciekawiło opowiadanie o elfie Bazylim, który produkował wadliwe zabawki.


Jako wielki fan wszelakich zwierzątek w końcu poznał też imiona wszystkich reniferów: Rudolf, Kometek, błyskawiczny, Fircyk, Amorek, Tancerz, Pyszałek, Złośnik i Profesorek.

Młody, zainteresowany podróżami, też znalazł tu coś dla siebie. Rozdział "Dookoła świata ze Świętym Mikołajem" opisuje świąteczne tradycje w różnych krajach.

"Jak to możliwe, że w ciągu jednej nocy Święty Mikołaj daje radę dotrzeć do domów na całej kuli ziemskiej?
To niewątpliwie zasługa jego magicznych sań, szybko mknących reniferów oraz bardzo dobrze zaplanowanej trasy. Poza tym elfy zamontowały w saniach dokładny licznik prędkości i czasu, który określa, jak szybko trzeba lecieć, aby zdążyć do wszystkich dzieci na świecie. Ale Mikołajowi pomaga również to, że Ziemia jest okrągła i ma różne strefy czasowe. Dzięki temu, zaczynając od wschodu i kierując się na zachód, może wypełnić swoje zadanie."

Pierwszy raz czytam tak mądre wytłumaczenie i nie mogę się nadziwić, że sama na tonie wpadłam :)



Tej książki nie oddamy tak szybko do biblioteki. Zostanie z nami na Święta i na pewno pomoże lepiej się do nich przygotować.


Książki zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwaWyPożyczone oraz Czytam, ile chcę.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Przyjaciele zwierząt

W książkach o zwierzętach dominują psy i koty. Dlatego kiedy przeczytałam gdzieś w Internecie o serii "Przyjaciele zwierząt", pokazującej dzieciom życie leśnych zwierzaków, postanowiłam rozejrzeć się za tymi pozycjami. Początkowo zamierzałam je nawet kupić, ale wyręczyła mnie nasza bibliotekarka, która zakupiła trzy książeczki specjalnie na naszą prośbę. Mały był bardzo dumny, kiedy wyciągnęła je z bocznej półeczki i powiedziała, że będzie ich pierwszym czytelnikiem.



Bohaterami cyklu jest rodzeństwo Amelka i Wojtek. Dziewczynka chodzi do przedszkola, zaś jej brat jest uczniem, ale ciężko stwierdzić w jakim jest wieku. Wraz z rodzicami mieszkają w leśniczówce o nazwie "Chabrówka". Tata oczywiście jest leśniczym, mama redaktorką - pisze artykuły do gazet. W domu jest jeszcze pies w typie owczarka/wilczura - Zmora.



W pierwszej części "Chaber, mały wilczek" do leśniczówki trafia przestraszony i zziębnięty wilczek, którego mama została prawdopodobnie postrzelona, przez ludzi, którym wilki w lesie bardzo przeszkadzają. Opieka nad zwierzakiem wcale nie jest łatwa. Maluch jest tak przestraszony, że nie chce wcale jeść. Na szczęście do akcji wkracza domowa suczka, która wciela się w rolę opiekunki malucha. Podchowany wilczek, pomimo rozpaczy dzieci wraca do lasu, gdzie szybko odnajduje swoje stado.

W drugiej części "Nowy dom zajączków" Amelka i Wojtek jadą z mamą do Leśnego Azylu czyli schroniska dla leśnych zwierząt prowadzonego przez ich znajomą. Ponieważ azyl ma kłopoty finansowe, Wojtek postanawia przeprowadzić w szkole akcję zbierania funduszy na potrzeby zwierzaków. A do Chabrówki, pod opiekę dzieciaków trafiają dwa małe zajączki znalezione na polu.

W trzeciej części "Osamotniony ryś" znów poruszono problem kłusownictwa. Mama małego rysia wpada w zastawione wnyki. Na szczęście maleństwo zostaje znalezione przez Amelkę i jej dziadka, którzy oddają je do ośrodka, w którym zwierzęta w specjalnych wolierach przygotowywane są do powrotu do lasu. Wojtek tymczasem wpada na trop kłusowników i znacznie przyczynia się do ich ujęcia.

Małemu książeczki bardzo się podobały. Bardzo przeżywał fakt, że w każdym opowiadaniu zwierzątka traciły swoje mamy i długo nie mógł się z tym pogodzić.
Każda książka zawiera również zbiór najważniejszych informacji na temat danego zwierzęcia. Są napisane w prosty, przystępny sposób, ale Małego jeszcze nie zainteresowały. Dlatego myślę, że do tych pozycji jeszcze wrócimy.



Książki zgłaszam do wyzwań: Powrót do dzieciństwaWyPożyczone oraz Czytam, ile chcę.

wtorek, 5 grudnia 2017

Pierniki z matematyką w tle

Jednym z moich ulubionych blogów, na które często zaglądam jest Bajdocja. Niedawno Buba, jego autorka, ogłosiła międzyblogowy projekt Matematyka na Święta.
Bardzo lubię takie projekty edukacyjne, bo mogę czerpać z nich wiele inspiracji. Sama jednak nigdy się nie angażowałam, bo ja to raczej jestem bardziej odtwórcza niż kreatywna.
Jednak tym razem pomyślałam sobie, że choć cudów nie wymyślę, mogę wpleść matematykę w nasze coroczne, przedświąteczne działania.
I tak oto w minioną sobotę zabraliśmy się z Małym za robienie pierniczków.
Gdzie tu matematyka?
Ano proszę.

Najpierw odbyło się odważanie potrzebnych składników.
Tylko dlaczego w przepisie pisze 20 dkg, a mama każe odważyć 200. I tu Mały miał pierwszą lekcję przeliczania jednostek.


Mąki specjalnie wsypałam najpierw 200g, żeby Mały obliczył ile jeszcze nam potrzeba.
500g-200g to działanie zbyt trudne jak dla sześciolatka. Ale 5 setek odjąć 2 setki brzmi już o wiele lepiej. Dosypujemy 300g.


Wycinanie pierniczków to była najprzyjemniejsza część soboty. Później obliczaliśmy, do której godziny muszą siedzieć w piekarniku. Która godzina będzie za 15 minut? Mały nie zna się na zegarze wskazówkowym, ale na elektronicznym orientował się doskonale.



Upieczone pierniczki prezentowały się tak.


Mały pogrupował je sobie wg kształtów i zaczął przeliczać. Swoje wyniki zapisywał na przygotowanej przeze mnie kartce.


Czyż jego pismo lustrzane nie jest genialne?
Znajoma pielęgniarka przekonuje mnie, że u sześciolatków to jeszcze normalne.

Nasze pierniczki wymagają jeszcze ozdobienia, ale obiecaliśmy, że poczekamy na dzień, kiedy Młody będzie w domu, żeby i on miał trochę przedświątecznej frajdy. Na pewno upieczemy też ciasteczka maślane, a jak czas pozwoli to może i coś jeszcze.

Wpis powstał w ramach projektu Matematyka na Święta.